Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 września 2016

Mrok do potęgi N-tej, czyli o tym jak Marie Lu wywołała u mnie ciary!

Wybaczcie brak zdjęcia, ale w wirze przygotowań nie zdążyłam wykonać niczego godnego publikacji :'(. Odpokutuję wkrótce ;)
Hej Kurczaczki!

O jacież chromole, ale mam urwanie głowy! W sobotę wybywam do cudownej, słonecznej Hiszpanii… przez co teraz ledwo wyrabiam z oddychaniem, o ogarnianiu bloga już nie wspominając! Dlatego przepraszam Was, że ostatnio nie zaglądam na Wasze blogi regularnie – po prostu nie wyrabiam z przygotowaniami. Ale obiecuję poprawić się w październiku ;) Wracam 15-ego, i gwarantuje, że się ode mnie nie opędzicie! Póki co nie jestem pewna jak będzie z postami tutaj. Bo wiecie, wifi będzie… albo i nie będzie. To samo tyczy się czasu wolnego. Ale postaram się wrzucić coś chociaż raz w tygodniu :).

Ale ja nie o tym.  Dziś mam dla Was recenzję czegoś mrocznego! Przy pierwszym tomie tej historii miałam pewne zastrzeżenia (Nie wiesz o czym było w pierwszej części? KLIKEJ MIE, NIE GRYZĘ!). Czy drugi tom okazał się lepszy, czy wręcz przeciwnie? Gorąco zapraszam Was na recenzję kolejnej części trylogii Marie Lu, pt. Malfetto. Drużyna Róży!

Jak ja nie lubię pisać o kontynuacjach. Bo niby jak napisać opis tak, aby niczego istotnego Wam nie zdradzić? :’( Nie mniej jednak spoilerów się nie obawiajcie. Najwyżej zarys fabuły będzie skrajnie badziewny xD No to lecim!

Spróbuję dać wam malutki smaczek stylu Lu w postaci cytatów ;)

Po tym, co wydarzyło się Estenzii Sztylety uciekają do Beldain, szukać pomocy u tamtejszej królowej, natomiast żądna zemsty Adelina wraz z siostrą udają się do państwa-miasta Merroutas w poszukiwaniu sojuszników. Jako swój pierwszy cel wybierają sobie Magiano – chłopaka obdarzonego Mrocznym Piętnem, o którym jest głośno w całej Kenettrze. Jednak przeciągnięcie go na swoją stronę okazuje się nie lada wyzwaniem, a konsekwencje tego przedsięwzięcia będą wielkie.. i krwawe. Co takiego wydarzy się w Merroutas? Kto jeszcze wesprze Adeline? Co stanie się z koroną Kenettry? Och, jest tyle pytań… ale odpowiedzi musicie szukać w książce!

Dobra, tym razem nie używałam karteczek, bo na samiutkim początku zabazgrałam całą. Wszystkie myśli spisywałam w telefonie, i uwierzcie mi, jest tego sporo… ale postaram się nie rozgadać (co oczywiście może mi nie wyjść xD).


Może zacznę od samej historii stworzonej przez Marie Lu, od pomysłu na Malfetto, bo to jest coś świetnego. Ostatnimi czasu na rynku jest multum, ale to  m u l t u m  książek pisanych na wzór była apokalipsa/wirus/zaraza/kataklizm, świat uległ zmianom, jest strona dobra i strona zła, główny/a bohater/ka w jakiś sposób chce pokonać tych złych, wałczy i walczy, w między czasie się zakochuje, krew i flaki, czasem trochę seksu, znów krew i flaki, zły umiera, dobro zwycięża, ślub, wesele i wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Przyznajcie, że mam rację. A wiecie co robi Marie Lu? Ona bierze ten schemat i tak wypacza, tak nagina, tak nim gibie na lewo i prawo, że coś pozornie znanego i oklepanego robi się wciągające, zaskakujące, wywołuje ciarki i szybkie bicie serducha. Masakra, jakie Malfetto było dobre. Jak mówi moja koleżanka: Ręka, noga, mózg na ścianie. Serio. Tam nie szło przewidzieć wydarzeń na dalej, niż pół strony. Na chwilę obecną mam tyle hipotez co do losów Adeliny i tego, jak Lu zakończy tę trylogię, że na palcach obu rąk nie zliczę! Zaraz wam to wyjaśnię lepiej, wszystko po kolei.

Sam styl autorki jest stale i niezmiennie zachwycający. Właściwie w tej części dała popis swoich zdolności i to porządny. Opisy są powalające. Czytając zapominałam o Bożym świecie, przenosiłam się do zardzewiałego, blaszanego baraku, z którego obserwowałam toczącą się walkę. Słyszałam szum fal, stukot deszczu o blaszany dach, czułam zapach mokrej ziemi… Mało jest autorów, którzy potrafią tak bardzo pobudzić moją wyobraźnię, a Lu zrobiła to z palcem w nosie. Coś cudownego.



Skoro już jestem przy opisach… to nie mogę nie wspomnieć o tym, jak autorka przedstawiła morską bitwę. Nie mogę wdawać się w szczegóły, bo byłyby spoilerami, ale musicie wiedzieć, że walka była tak gwałtowna, akcja tak wartka i wciągająca, że nie potrafiłam odłożyć książki. Czytałam to przeklęte Malfetto do 2:00 w nocy z zapartym tchem, a  później i tak nie mogłam zasnąć, bo zakończenie było oczywiście okropne, niedopuszczalne, i ja nie wiem jak Lu mogła mi to zrobić. To, co wyjawiła mi w ostatnim rozdziale zrodziło tyle pytań, tyle obaw o dalsze losy wszystkich bohaterów, że… ughhh! No nie mogę nic więcej dodać, bo mnie okrzyczycie za paplanie. Sami sprawdźcie, koniecznie!

Co do bohaterów, to Lu i tu mnie nie zawiodła. Postacie są wielowarstwowe, tajemnicze, skomplikowane…. Tu nie ma żadnych statystów. Każda postać jest istotna, każda jest indywidualna, ma swoje własne plany i cele, do których dąży. Bohaterowie Malfetto potrafią być bezlitośni i przebiegli, wykorzystywać siebie nawzajem… Jednym słowem w świecie stworzonym przez Lu ludzie żyją zgodnie z zasadą: Umiesz liczyć? Licz na siebie.


Nadal najbardziej z całej powieści intryguje mnie Teren. Główny Inkwizytor jest tak zawzięty, tak bezlitosny, ze czasami bałam się czytać rozdziały widziane jego oczami. Bo ta bezlitosność nie ogranicza się do innych. Teren przede wszystkim nie ma litości dla samego siebie, i to jest fascynujące. Nie jestem w stanie wyjaśnić wam o co chodzi z tą postacią, bo to jedna ze smaczniejszych zagadek, której nie zamierzam wam zepsuć… ale Teren to naprawdę mistrzowsko wykreowany bohater, nad którym warto się zastanowić, zatrzymać na chwilę i poświęcić mu ciut więcej uwagi.

Główna bohaterka, czyli Adelina nadal jest świetna. Niczym nie przypomina tych pustych, infantylnych laleczek z innych młodzieżówek. I nie chodzi mi o bliznę czy brak oka. Ona jest po prostu twarda. Jej moc (nadal  nie zamierzam zdradzać wam na czym polega, bo to kolejny brzydki spoiler) zaczyna się jej wymykać. Dziewczyna na naszych oczach traci zmysły, wariuje, zabija samą siebie swoją potęgą… A potężna jest niesamowicie. To, jak Lu ukazuje szepty w głowie Adeliny wywołuje ciary. Serio.


W tej części pojawia się też Magiano. Mam nieodparte wrażenie, że to właśnie z jego pomocą autorka planuje złamać moje biedne serduszko w trzecim tomie trylogii, ale nie wybiegajmy zbyt daleko ;). Magiano póki co najbardziej zasługuje na miano bohatera pozytywnego, aczkolwiek też tak nie do końca. Chłopak jest obdarzony tak fascynującą mocą, że… no miód, malina i fistaszki <3 Dodatkowo wnosi troszkę światła w tę mroczną historię, wywołuje cień uśmiechu, pozwala na chwile zapomnieć o burzy szalejącej w Kenettrze. Szczerze polubiłam tego magicznego złodziejaszka :).

Oprócz tej trójki mamy jeszcze dwie królowe, mamy cały zastęp Sztyletów, tytułową Drużynę Róży…. I naprawdę o każdym mogłabym się tutaj rozpisać, bo każdy zasługuje na swój własny akapit… ale chyba się powstrzymam ;). I tak już się o bohaterach rozgadałam. Zdradzę jedynie, że Lu wzgardzi wszelkimi logicznymi prawami, i zmiażdży czytelnika, spopieli na proch.


A na koniec… Wiecie co było w tej książce najlepsze? Najlepsze było  to, że nie potrafiłam opowiedzieć się po żadnej stronie. Nie umiałam i nadal nie umiem zdecydować się kto w tym konflikcie miał rację, kto był tym dobrym. Z jednej strony jest główna bohaterka – Adedlina, która chce wyzwolenia dla innych malfetto, ale… ona wcale nie jest dobra. Szczerze mówiąc odnoszę wrażenie, że Drużyna Róży opowiada o walce zła ze złem, bo… tu jest tyle mroku, tyle egoizmu i negatywnych emocji, tyle ciemności, że nie sposób znaleźć jednego bohatera, który zasłużył by na miano tego w pełni prawego, dobrego. Sztylety niby też walczą o wolność dla malfetto… ale w takim razie czemu walczą z Adeliną, która chce tego samego, co oni? Niby są dobrzy, ale jednak jakoś nie do końca. Niby ich lubię, a jednak coś mi tu zgrzyta. Chyba nie chciałabym takich wybawicieli. Jest jeszcze Teren – Naczelny Inkwizytor. Ten to jest dopiero prze gałgan! W zasadzie to on jest przyczyną całej tej wojny (Shhhh, nic nie powiem), jest skrajnym hipokrytą, jest psychiczny, szalony... a ja go lubię. Ba! Ja go rozumiem! I widzicie jakie to zawiłe? Nawet nie wiem, czy cokolwiek zrozumieliście z tej recenzji… Bo nie potrafię tego wyjaśnić. Wybaczcie :’(.

Tak więc podsumowując – z całego serducha polecam wam sięgniecie po Malfetto! Drugi tom wynagradza malutkie zgrzyty, które zauważyłam w pierwszej części. W Drużynie Róży nie ma problemów z chaosem w narracji, wszystko jest piekielnie dobre, piekielnie mroczne i piekielnie mocne. Zupełnie nie rozumiem, czemu w Polsce jest tak cicho o Marie Lu i jej książkach, bo naprawdę są niesamowite!

A co z Wami? Skusicie się na mroczną opowieść? A może znacie już niesamowitych malfetto? Albo pasujecie, bo to nie wasza bajka? Czekam na wasze opinie pod postem!

Całusy :*
Q.

Za cudowną książkę dziękuję wydawnictwu Zielona sowa ;)




PS. Miśki mam pytanie! Macie jakieś rady odnośnie lotu samolotem? Co zrobić, żeby nie było tak źle? Pomocy! :’(

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

A co gdyby Kopciuszek był cyborgiem?


Cześć Kalafiorki!

Dawno nie było tu recenzji, aż mi troszkę wstyd! To wszystko przez to, że mam urwanie głowy – prawko, wyjazd, a i przygotowania do stażu zajmują masę czasu, i o ile na pisanie znajduję go gdzie bądź, bo i na kursie do prawka zdarza mi się pisać na telefonie (Pozdrawiam pana Bolka, ma pan super wykłady <3), to gdybym wyjęła tam z torebki książkę mogłoby być słabo. Ale dziś (znaczy się wczoraj) postanowiłam, że nie może być tak dłużej – pora skończyć czytać pierwszą sierpniową książkę – Cinder Marissy Meyer.

Zanim przejdę do fabuły, opinii i całej reszty, muszę wspomnieć o tym, czemu akurat ta książka. Otóż Q wparowała ostatnio do biblioteki, bo przechodziła obok, i postanowiła zgarnąć zupełnie przypadkowy tytuł. Właściwie zgarnęłam dwa, ale drugiego nie zdradzę, póki nie przeczytam ;). Wiecie, chciałam sobie zrobić niespodziewajkę. Jedynie pozwoliłam sobie popatrzyć na oznaczenie, coby nie przytachać do domu jakiegoś podręcznika do fizyki kwantowej. I tak oto padło na Cinder. Czy niespodziewajka się udała? Czytajcie, a się dowiecie!

Akcja ma miejsce w Nowym Pekinie. Od końca IV wojny światowej minęło sto dwadzieścia sześć lat. Na Ziemi panuje pokój, nowopowstałe państwa zawiązały Unię, i wszystko byłoby cacy, gdyby nie groźba wybuchu wojny z Lunarami – obdarzonymi niezwykłymi zdolnościami mieszkańcami Księżyca. A, no i jest jeszcze niebieska gorączka! Co to? To choroba, na którą nie znaleziono jak dotąd antidotum, a która skutecznie dziesiątkuję ludzkość. Główną bohaterką jest Cinder – cyborg znany jako najlepszy mechanik w Nowym Pekinie. Dziewczyna nie pamięta swojego życia sprzed operacji. Wie jedynie, że zamiast ludzkiej nogi i ręki, ma kawał żelastwa. I że za wszelką cenę chce uciec od swojej prawnej opiekunki, której jest własnością. Jednak kiedy do jej warsztatu przychodzi książę Kai życie dziewczyny wywraca się do góry nogami. Czy dziewczynie uda się uwolnić? Jakie tajemnice skrywa przeszłość Cinder? Czy królowa Luny wypowie wojnę Ziemi? Terefere, sprawdźcie sami leniuszki! :)

Może zacznę od tego, że uwielbiam książki inspirowane baśniami. Zawsze są jakieś takie magiczne, dają mi możliwość powrotu do dzieciństwa, ale tak wiecie… nieco dojrzalej? No kurczę, w disney’owskim Kopciuszku nie było śmiertelnej zarazy, groźby piątej wojny światowej i tak dalej! Pani Meyer miała niesamowity pomysł na tę historię. Bez kitu, Kopciuszek-cyborg, w dodatku mechanik, a do tego Japonka? No miód, malina i orzeszki! Tylko że albo autorka nie słuchała na lekcji rodzimego języka, albo to tłumacz zawinił… bo ilość powtórzeń była okrutna. Irytowało mnie to, że co drugie zdanie zaczynało się tak samo. „Cinder zobaczyła…. Cinder usłyszała… Cinder westchnęła”. Kurcze, toć można napisać „dziewczyna”, „cyborg”, no cokolwiek, byle nie w kółko „Cinder’! Ale gdy przymknie się na to oko, to ciężko cokolwiek treści zarzucić.


Czy historia mnie porwała? Z początku nie. Kurczę, pech chciał, że Q miała ochotę na miłostki… a tutaj miłostek jest niewiele. A jak już są, to jakieś takie od czapy. Ilość spotkań Cinder z księciem mogę policzyć na palcach jednej ręki. I to króciutkich, przypadkowych spotkań. Za każdym razem, gdy ta dwójka na siebie wpadała miałam wrażenie, że w mojej książce wyrwano kilka stron. No bo Kochane Kalafiorki spójrzcie na to: księcinio przychodzi do mechanika, mechanik okazuje się śliczniutki, koniec spotkania numer 1. Ksieciunio znów spotyka swojego ulubionego mechanika, i już chce z nim iść na randkę, a przy okazji wyjawia mu super-tajne informacje wagi państwowej, koniec spotkania. Znów się spotykają, i najchętniej by się wycałowali, bo czemu by nie? I tak w kółko Macieju. Brakowało mi w tym płynności. Cóż poradzę, że lubię jak wszystko jest „po bożemu”? To mnie irytowało. Ale mniej-więcej od połowy książka mnie wciągnęła. Do tego stopnia, że dzisiaj wczoraj postanowiłam zamknąć się na cztery spusty i czytać. Zakończenie było świetne. Już wiem, że sięgnę po następny tom, bo cholercia chcę wiedzieć co z… z tyyyym takim  co to nie wolno mi powiedzieć :D.

Muszę przyznać, że największa tajemnica była pieruńsko przewidywalna. Okej, na miejscu Cinder pewnie też by mi przez myśl to rozwiązanie nie przeszło, ale czytając troszkę mnie nerwica brała, bo odpowiedź była tak oczywista, a musiałam czekać na jej ujawnienie niemiłosiernie długo. Z jednej strony Meyer postąpiła logicznie, a z drugiej nie obraziłabym się, gdyby oświeciła główną bohaterkę tak ze sto stron wcześniej.


Jeśli chodzi o same postacie, to są raczej sympatyczne. Chodzi mi tu o dwójkę głównych bohaterów ;). 
Cinder jest inteligentna, pracowita, no i wzbudzała mój lekki podziw, bo lekko dziewczyna nie miała. Jako cyborg była obywatelem drugiej kategorii, własnością swojej prawnej opiekunki. (Właściwie nie do końca umiałam się z tym pogodzić. W mojej głowie cyborgi z tej książki były takimi… ludźmi z protezami. Nijak nie potrafię pojąć, czemu mieliby być gorzej traktowani.) Podobało mi się to, jak dążyła do odzyskania wolności. Lubiłam w  niej charakterek, który pokazywał się w dialogach. No i fakt, że nie dostała z marszu hyzia na punkcie Kaia też się chwali. Miło było czytać o dziewczynie, która nie jest typową szarą myszką.

 Z kolei Kai był piekielnie sympatyczny. Czekałam na rozdziały widziane jego oczami, albo chociaż na te, w których Cinder się z nim spotykała. Księciunio miał niczego sobie poczucie humoru, tak milutko sarkastyczne ;). Jedno do czego mogłabym się przyczepić, to infantylność. Aczkolwiek nie wiem, czy to faktycznie jest minus, czy zaleta. Spróbuję to wyjaśnić, ale nie ręczę, że podołam. Książę był młody, miał coś chyba dwadzieścia lat. Chłopak miał w planach nacieszyć się młodością  na tyle, na ile status książęcy pozwalał, ale troszkę mu pokrzyżowano te plany. Musiał piekielnie szybko dojrzeć, ale troszkę mu to nie wychodziło. Kai z jednej strony chciał dobra swojego państwa, pragnął znaleźć antidotum, i tak dalej, ale z drugiej odrzucał propozycje jedynej osoby, która oferowała mu rozwiązanie problemu zarazy, i nie tylko. Poza tym sypanie sarkastycznymi tekstami na obradach międzynarodowych wydawało mi się mocno nie halo. I właśnie dlatego mógłby być to minus.. no ale kurczę, kto z nas umiałby dorosnąć w kilka tygodni, i z marszu wskoczyć w buty władcy? Ja z pewnością nie. Może więc pani Meyer należą się oklaski, za nie wykreowanie kolejnego idealnego bohatera narodowego? Kurczę, nie mogę się zdecydować.

Tak sobie siedzę, i myślę co jeszcze mogłabym dodać, ale mam czarną dziurę między uszami, więc poprzestanę na tym ;).

Podsumowując: niepodziwajka wyszła całkiem nieźle. Historia jest bardzo ciekawa, chociaż początek nie należał do najlepszych. Co prawda jest kilka rysek, ale bez problemu można na nie przymknąć oko. Serdecznie polecam Cinder każdemu, kto lubi baśniowe klimaty. A z resztą nie tylko! Polecam ją każdemu, bo jest to historia dość oryginalna, a jej zakończenie jest zaiste obiecujące.



To ja już się wygadałam, teraz wasza kolej. Czytaliście? Nie? A planujecie? Czekam na wasze opinie! ;)



Buziaki ;*
Q.

środa, 20 lipca 2016

Jak wygląda gra wstępna przed Armagedonem? Przekonaj się sam!

Endgame. Wezwanie
James Frey

Cześć Kochani!

Uznałam, że tak dłużej być nie może. Koniec z tym. Basta. Co to w ogóle ma być?! Przeglądnęłam wszystkie zamieszczone tutaj recenzje, i niemalże wszystkie są o książkach genialnych, albo co najmniej dobrych. Do tej pory otwierałam przed Wami drzwi do wymiarów wspaniałych, pełnych miłości i magii. Ale dziś będzie inaczej. Dziś uchylę drzwi do krainy irytacji, absurdu i jednego, wielkiego zawodu. Czas na Endgame. Wezwanie.

No to zacznijmy od fabuły. Idzie to mniej-więcej tak:
Endgame jest czymś w rodzaju gry wstępnej do apokalipsy. W ziemię uderza dwanaście meteorytów, które są Wezwaniem do pojedynku dla dwunastki nastolatków. Każdy z nich jest przedstawicielem jednego ze starożytnych plemion, które żyją na ziemi od zarania dziejów. Walka toczy się o trzy klucze. Kto zdobędzie je wszystkie, ten zwycięży Endgame, a co za tym idzie on i jego plemię jako jedyni przetrwają koniec świata. Reszta ludzi umrze.  Wspomniałam, że o zbliżającym się Armagedonie wiedzą tylko wybrańcy i ich najbliżsi, tudzież przedstawiciele Rad plemion? Zwykłe Janusze nie mają pojęcia, że właśnie toczy się gra, której ceną jest ich życie. Po otrzymaniu Wezwania uczestnicy udają się na spotkanie z kosmitami, którzy to wszystko organizują. Ufoludki dają każdemu wskazówkę jak dotrzeć do pierwszego klucza i gra się rozpoczyna. Wszystkie chwyty dozwolone.

poniedziałek, 18 lipca 2016

Za górami, za lasami, w odległej Szkocji... Czyli o tym jak zdobyć serce Quidportavi :)

Obca
Diana Gabaldon

Panie i Panowie! 
Z dumą przedstawiam wam najbardziej niesamowity przypadek, jaki dane mi było popełnić ostatnimi czasy. W ogóle nie planowałam czytać tej książki. Nawet nie wiem jakim sposobem znalazła się na mojej półce w LC. Sięgnęłam po nią tylko dlatego, że była na pierwszej stronie „chcę przeczytać” kiedy przeglądałam pozycje dostępne w tej chwili w mojej bibliotece. A, no i lubię książki, które zrzucone z odpowiedniej wysokości są w stanie uśmiercić przypadkowego przechodnia… albo chociaż go ogłuszyć. Wiecie, te takie mające tysiąc stron i twardą okładkę :P. Obca, bo o niej dziś będzie mowa, spełnia ten warunek.

Mamy  rok 1945. Druga wojna światowa dobiega końca. Po wieloletniej rozłące Claire Randall wraz z mężem Frankiem udają się na wczasy do Szkocji, aby odnowić łączącą ich więź, która osłabła podczas wojennego rozstania. On ma hyzia na punkcie swojego szkockiego  przodka, namiętnie bada jego historię. Ona pasjonuje się  w zielarstwie, uwielbia poznawać lecznicze właściwości ziół. Razem stanowią uroczą, kochającą się parę. Kiedy Claire  zauważa nieznaną roślinę u stóp jednego z głazów tworzących Kamienny Krąg postanawia wybrać się tam następnego dnia, aby ją zerwać… i gdy dotyka ów skały niespodziewanie cofa się w czasie. PUF! Claire trafia do osiemnastowiecznej Szkocji, a konkretniej do roku 1743. Od tej chwili jej życie zmieni się o 180 stopni. Wyzwolona kobieta będzie musiała przeżyć w świecie męskiej dominacji. Doświadczona polowa pielęgniarka zostanie zmuszona do leczenia innych jedynie z pomocą ziół. A jeśli tego byłoby mało, serce kobiety również zostanie poddane próbie. Jakiej? Sami sprawdźcie, przecież nie mogę zdradzić Wam wszystkiego! ;)

środa, 13 lipca 2016

O miłości silniejszej od pocisków i bomb

Jeździec Miedziany

Paullina Simons

Miałam nadzieję, że dziś pojawi się tu zupełnie inna recenzja, świeżutka, ale niestety nie przebrnęłam jeszcze przez książkę, o której miała ona mówić. Za to postanowiłam napisać o historii tak mocnej, że po dwóch latach od jej przeczytania nadal pamiętam wydarzenia, dialogi i emocje, które czułam, niemalże tak dokładnie, jakbym skończyła ją czytać wczoraj. Dziś chcę wam zaprezentować zniewalającą opowieść o miłości w czasie II wojny światowej, a nosi ona tytuł Jeździec miedziany.

No więc, jak zawsze, zacznijmy od fabuły. Akcja toczy się w Leningradzie, a rozpoczyna w piękny czerwcowy poranek 1941 roku. Niemcy wypowiadają wojnę Związkowi Radzieckiemu. Rosjanie czują, że nadchodzą ciężkie czasy, więc ruszają do sklepów, by zakupić jak najwięcej żywności. W rodzinie Mietanowów obowiązek ten spada na siedemnastoletnią Tatianę, niestety dziewczyna zbyt długo zwleka z wyjściem z domu, i gdy w końcu dociera do sklepu półki świecą pustkami. Siada więc na ławeczce z porcją lodów śmietankowych i spostrzega, że z drugiej strony ulicy wpatruje się w nią jakiś żołnierz. Jeszcze tego samego dnia ów mężczyzna pomaga Tani, prowadząc do sklepu dla oficerów, gdzie dziewczyna kupuje wszystko, czego zabrakło w zwykłych sklepach, i przedstawia się jej jako Aleksander Biełow. Od tego spotkania zaczyna się niesamowita historia miłości, która pozwoliła bohaterom przetrwać oblężenie Leningradu, pokonać głód, wojnę i mróz rosyjskiej zimy. Najchętniej opowiedziałabym wam więcej, ale to by wszystko popsuło.


Jeździec miedziany mnie zepsuł. Serio. Zepsuł mnie, bo od kiedy poznałam historię Tatiany i Aleksandra żadna inna powieść historyczna mnie nie zadowala. Książkę zaczęłam czytać z mocno sceptycznym nastawieniem, bo nie ja ją sobie wybrałam. Po prostu miałam kaca po Grze o tron i poprosiłam tatę o coś, co mnie zresetuje. A że dla córki wszystko, to chwile później pożyczył od znajomej Jeźdźca. „Spodoba ci się, zobaczysz. Takie o wojnie, <znajoma> mówiła, że bardzo dobre.”. No więc zaczęłam czytać. Ludzie kochani, tomiszcze miało ponad 500 stron, a ja je pochłonęłam w jakieś półtorej dnia! Nie jadłam, nie spałam – czytałam. A gdy skończyłam ryczałam jak bóbr jeszcze dobrą chwilę, po czym gdy tylko słoneczko wstało postawiłam tatę na nogi i jęczałam mu nad uchem tak długo, aż pożyczył od znajomej drugi tom. Historia pochłonęła mnie bez reszty. Pożerałam strony zaciskając dłonie na książce, tak bardzo wkręciłam się w losy Tatiany i Aleksandra. Od tamtego czasu już parokrotnie próbowałam przeczytać Jeźdźca ponownie, jednak nic z tego. Dopóki Tania i Aleksander są „razem-ale-osobno” nie ma problemu, czytam z równą przyjemnością i zainteresowaniem, wściekam się z tym samym zapałem, uśmiecham z tym samym rozmarzeniem jak wtedy, gdy po raz pierwszy poznawałam tę historię. Ale gdy już wiem co się stanie za chwile, i przypominam sobie potok łez, które wylewałam od następnej strony, aż do końca książki, to żadna siła nie zmusi mnie do przewrócenia strony. I to powinno być wystarczającym dowodem, że pani Simons stworzyła kawał dobrej książki i zafundowała czytelnikowi potężną dawkę emocji i wzruszeń.