Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Feeria Young. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Feeria Young. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 września 2017

KSIĄŻKOWE PREMIERY PAŹDZIERNIKA!

Czołem Maślaki!
Czy ja dobrze widzę, że to już październik? Ale to szybko leci, aż strach! Muszę się wam wyżalić, że ostatnimi tygodniami umieram na katary, kaszele i inne takie paskudztwa, za cholerę się ich pozbyć nie mogę. Też tak macie? Pieprzona jesień, nie lubimy jak jest taka! Ale za to październik oferuje nam pocieszenie w postaci niezliczonych premier książkowych. Poważnie, jest ich masa. U mnie znajdziecie jedynie namiastkę (namiastka = blisko trzydzieści tytułów!), bo gdybym chciała zebrać tu wszystkie książki, które zaciekawiły mnie, które mogą zaciekawić was i te, które po prostu mają premierę w tym miesiącu, to blogger by mi post uciął w 1/7 pisania. Serio. 

Nie przedłużając: oto książki, które pojawią się w księgarniach w najbliższych tygodniach! ;) 

wtorek, 25 października 2016

Nic. Pustka. Chłopak z sąsiedztwa.

Cześć Neonki!
Jeju, ja już chcę zimę :’( Wy nie? A tymczasem siedzę na łóżku zamotana w koc, popijam herbatę z cytryną *mniam!*  i skrobię dla Was kolejny post. Dziś mam dla was coś przyjemnie rozluźniającego i grzejącego serduszko – książkę autorstwa Kasie West, o niezbyt tajemniczym tytule Chłopak z sąsiedztwa.

Już teraz mogę Wam powiedzieć, że mam cholerny problem z tą recenzją. Książkę skończyłam w sobotę późnym popołudniem, jest poniedziałek… no, w zasadzie od ośmiu minut już wtorek, a ja nadal nie umiem napisać recenzji. Czemu? Czytajcie dalej, a wszystkiego (mam nadzieję) się dowiecie ;).


PO KRÓTCE O FABULE

 Charlie jest półsierotą. Jej mam zmarła gdy dziewczyna miała sześć lat. Teraz ma szesnaście, i nie należy do typowych nastolatek. Wychowywana przez samotnego ojca – policjanta, trzymająca się zawsze z trójką swoich starszych braci, Charlie nie jest wzorem kobiecości. Nie boi się siniaków, obdartych łokci i brutalnych, baseballowych zagrywek. Jest twarda. Jednak w wyniku kary za zgarninie kolejnego mandatu – spłacenia go z własnych pieniędzy – Charlie będzie musiała znaleźć sobie wakacyjną pracę, a ta… no cóż, będzie wymagała od niej wielu zmian. Ale to nie wszystko! Nastolatka będzie musiała również stawić czoło wydarzeniom z przeszłości, co może okazać się ciężkim przeżyciem. Całe szczęście jest jeszcze Branden- sąsiad Charlie, którego dziewczyna traktuje jak przyszywanego brata… do czasu, gdy pewnej nocy spotykają się pod płotem oddzielającym ich domy i zaczynają prowadzić rozmowy w świetle księżyca. Co z tego wyniknie? Jak potoczą się losy Charlie i Brandena? Co zwycięży – przyjaźń, czy miłość? No i co skrywają mroki przeszłości? Chłopak z sąsiedztwa ma w sobie odpowiedzi na te pytania ;).


CIEPŁO? ZIMNO? LETNIO.

Z powodu braku jakichkolwiek sensownych
cytatów wstawiłam GIFy ;(
No właśnie, o to cały problem. Chłopak na zastępstwo był… przyjemny. Był lekki, był pogodny, był miły… czy też macie wrażenie, że takimi przymiotnikami częstuje się kogoś, kogo nie chce się urazić i stara się dopatrzeć jakichś pozytywów? Bo ja właśnie tak mam  z  tą książką. Jej nie ma za co zjechać, bo ani mnie nie irytowała, ani nie nudziła, żadnych negatywnych uczuć nie pamiętam. Ale pozytywnych, tych porządnie pozytywnych, w stylu zachwytu, ciekawości, jakichś łez czy ciarek też nie było. Szczerze powiedziawszy w sobotę uznałam, że mam ochotę na dzień z książką. Wstałam, ogarnęłam zapas ciastek i herbaty, władowałam się do łóżka z Chłopakiem na zastępstwo (yyy…. To brzmi źle xD), i zaczęłam czytać. Wieczorem skończyłam i… pustka. Zero przemyśleń, zero rozkmin, zero emocji.. zjadłam kolację, umyłam ząbki i poszłam nyny. Książka niczym mnie nie zaskoczyła, była prosta i przewidywalna, ale nie w taki irytujący sposób. A szkoda. Szczerze powiedziawszy wolałabym, żeby była beznadziejna, bo przynajmniej byłaby jakaś. A tu klops. Historia, jakich pełno. Przeciętność. Tyle w temacie -,-.


THIS IS A MAN’S WORLD

Nie da się ukryć, że książka jest zdominowana przez mężczyzn. Postaci żeńskich jest tam tyle co kot napłakał. Mi w to graj, bo jak przystało na książkową łowczynię mężów, im więcej facetów, tym lepiej xD A książkowi faceci byli bardzo sympatyczni. Troszkę nie widzę sensu analizowania każdego z nich osobna, bo na dłuższą metę sprowadza się to do tego, że każdy z nich był uroczy, dowcipny, troszczył się o Charlie i był… no facetem. Kasie West umie najwidoczniej tworzyć męskich bohaterów, którzy wzbudzają lekki uśmieszek swoim istnieniem, aczkolwiek nie grzeszą cechami indywidualnymi ;).


SKĄD JA TO ZNAM?

Dość osobiście podeszłam w tej książce do Charlie. W pewien sposób ją rozumiałam, bo sama żyję pod jednym dachem z dwójką facetów i deficytem kobiet. Wiem jak oni się gapią, gdy pierwszy raz widzą cię pomalowaną, jak reagują na zapach lakieru albo babski serial. Charlie miała przekichane, bo nie miała mamy – damskiego wzorca. Wszystko, co ją otaczało było przesiąknięte męskością, przez co dziewczyna czuła się zagubiona w świecie sukienek, bluzeczek i szminek. Jeśli coś mi się w tej książce podobało, tak wiecie… bardziej, to właśnie przemiana, jaką przechodziła Charlie. Przyjemnie czytało się jak z brzydkiego kaczątka, którym według niej była, główna bohaterka przemieniała się kroczek po kroczku w olśniewającego łabędzia ;).


NA CO TO KOMU BYŁO?

W książce jest również wątek snów, które mają nakierować Charlie na odkrycie tajemnicy, którą skrywa przyszłość. Tajemnicy związanej ze śmiercią jej matki. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia po co był ten wątek. Okej, gdyby nie koszmary, to Charlie i Branden nie spotykali by się pod płotem, ale cała ta akcja z przeszłością była potraktowana po macoszemu. Można by było rozegrać to o niebo lepiej, wywołać konkretne emocje, kopnąć czytelnika w kostkę… ale Kasie West tego nie zrobiła. Coś tam było łezek, podobno depresji, ale jakiejś takiej do kitu, na pół strony… Jak dla mnie równie dobrze mogło by nie być tego wątku. Według mnie był nijaki, a szkoda :/.



ROZMOWY NOCĄ


Jeśli chodzi o wątek miłosny, to był on sympatyczny. Okej, straaasznie długo się czekało, aż miedzy tą dwójką zacznie się cokolwiek dziać (co mnie trochę irytowało, tak leciutko, bo jeśli wiem, że coś ma się wydarzyć, jest to tak oczywiste jak... ughh! No jest cholernie oczywiste, to czekanie drażni). Miło mi się czytało te ich nocne rozmowy ;). Branden był kochany, Charlie była... Charlie :P Ale  nie zauważyłam żeby mi serce mocniej zabiło. No okej, zakochali się w sobie, szło im z tą miłością fatalnie, ciapowatość level ekspert, później stało się co się stało, bo nie powiem co się stało... o i koniec. Nic specjalnego, zwyczajnie przyjemna historia miłości ;). Także nie spodziewajcie się jakichś wielkich wzruszeń i podrygów serca.


ZWYCZAJNOŚĆ DO POTĘGI N-TEJ

Mam tu na myśli styl autorki. Kusiło mnie porównanie z kiełbasą, ale go nie użyję xD Kasie West pisze w sposób prosty w odbiorze. Nie ma tu żadnych kwiecistych słów, barwnych metafor. Próżno szukać pięknych czy zabawnych cytatów (Stąd brak ich w tej recenzji, wybaczcie. Serio szukałam, ale to jakby szukać igły w stogu siana ;<). Chłopaka na zastępstwo można spokojnie łyknąć w jeden dzień, bez obawy, ze się zmęczycie czy zniechęcicie. Nie wiem, czy to konieczne jest plus. Chyba wolałabym się pomęczyć z książką, niż pochłonąć ją pierunem i nie mieć z tego niczego wartościowego.


PODSUMOWUJĄC

No więc widzicie. Książka zła nie była. Nie mogę jej odradzić, bo nie mam ku temu żadnego konkretnego powodu. Ani mnie ona ziębi, ani grzeje… Czy ją polecam? W sumie nie wiem. Jeśli macie ochotę na coś zwyczajnego do szpiku kości, to bierzcie się za Chłopaka z sąsiedztwa. Ale jeśli macie nadzieję na mocne kopnięcie i porządną historię, to nie tędy droga.

A czy Wy już czytaliście nową powieść Kasie West? Co o niej sądzicie? Skusicie się, czy spasujecie? Piszcie, bom ciekawa! ;P
Całusy ;*
Q.

Za książkę dziękuję księgarni internetowej PanTomasz.pl



poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Powrót do Wodospadów Cienia ;)


Cześć Farfocelki!
Tak jak obiecywałam, dziś pora na recenzję. Będzie troszkę dziwnie, bo pierwszy raz pisze nie o jednej historii, a o pięciu. Dzisiaj bierzemy na tapetę Prawie o północy C.C. Hunter!

Zanim opowiem wam co-nieco o tym zbiorze nowelek zdradzę wam sekret. Nienawidzę takich książek. Nie umiem ich czytać. Meczą mnie i irytują. Wyjątkiem były opowiadania Sapkowskiego i Pilipiuka. Jednak na ogół szlag mnie trafia przy nowelach i opowiadaniach, bo akcja toczy się za szybko, miłość pojawia się zbyt (nie)spodziewanie, opisy są zbyt krótkie, a dialogi piekielnie banalne. Dlatego na ogół omijam szerokim łukiem takie twory… ale w tym przypadku postanowiłam zrobić wyjątek, bo przecież to moje ukochane Wodospady! Czytałam je dawno, nawet bardzo dawno, a nadal pamiętam tę cudowną lekkość i radość, które towarzyszyły mi przy lekturze cyklu o Kylie Galen. Chciałam znów to poczuć. Ale czy było warto? A może się sparzyłam na tej decyzji? Terefere kuku, czytajcie do końca leniuszki! ;)

Prawie o północy składa się z pięciu oddzielnych historii. Nie do końca wiem jak w takiej sytuacji przedstawić Wam fabułę, więc lecimy po kolei.


Na pierwszy ogień autorka postanowiła opowiedzieć nam historię o tym jak Della została wampirem. Poznajemy ją jako zwykłą dziewczynę, która stara się sprostać wymaganiom swojego ojca, która jest zakochana po uszy w chłopaku z azjatyckiej rodziny, która żyje normalnie do czasu, gdy pewnego wieczoru staje się świadkiem walki wilkołaków i wampirów. Ta nowelka jest najkrótsza, nawet nie podzielono jej na rozdziały. Cholernie cieszę się, że na początku czytałam o Delli, bo to właśnie tę wampirzycę polubiłam najbardziej z całego cyklu. 

W kolejnej noweli również spotykamy Dellę, jednak tu już po przemianie w istotę nadnaturalną. Druga opowieść mówi o misji specjalnej zleconej wampirzycy przez JBF (takie nadnaturalne FBI), którą wykonywała razem z pewnym uroczym zmiennokształtnym. Chwała niebiosom C.C. Hunter za tą drugą opowieść, bo inaczej bym się na nią obraziła. Pierwsza była zdecydowanie za krótka. Natomiast ta… Kurczę, to było… Albo nie. O wrażeniach opowiem za chwilę ;).

Trzecia nowela mówiła o niejakim Chase Tallmanie, i musze przyznać, że miałam z nią problem. Czemu? Bo kurna nie mam zielonego pojęcia kim jest ten typek! Później mnie olśniło, że pewnie nie był postacią z Wodospadów cienia, lecz z tej trylogii o Delli, której jeszcze nie czytałam (jakim cudem, tego nie wiem). No i właśnie przez to, że nie znałam ziomka, miałam problem z wkręceniem się w historię czternastoletniego chłopca, który wraz z rodziną rozbił się samolotem w górach. Jednak ta opowieść była napisana inaczej niż pozostałe… o czym powiem już za minutkę ;).


Następnie C.C. Hunter rzuca nas w sam środek turnieju czarownic, gdzie wraz z Mirandą i pozostałymi bohaterami próbujemy złapać mordercę, który eliminuje uczestniczki tychże zawodów. Ale ta nowelka jest nie tylko o śledztwie JBF! Autorka opowiada w niej o rodzinie mojej ulubionej czarownicy, tajemnicach skrywanych przez lata oraz rozterkach miłosnych Mirandy.


Ostatnia, i moim zdaniem najlepsza nowela opowiada o Fredrice – wilkołaczce z Obozu w Wodospadach cienia. W tej opowieści dowiadujemy się o pasjach wilczycy, poznajemy jej historię, oraz obserwujemy narodziny pięknej miłości. Chociaż  dla mnie nie to było najważniejsze. Według mnie w ostatniej noweli Hunter oczyściła Frederikę, której piekielnie nie lubiłam, sprawiła, że czytelnik zmienia o niej zdanie, zaczyna ją rozumieć.

Tak więc wiecie już o czym mniej-więcej jest mowa w każdym z opowiadań. Musicie wybaczyć mi te króciutkie opisy, ale dłuższe byłyby beznadziejnymi spoilerami ;(. Ale to nie wszystko, co mam Wam dziś do przekazania! Pora na fachową opinie o tej książce jako całości ;).


To, co rzuciło mi się w oczy już na samym początku, to język, jakim posługuje się C.C. Hunter. Kurczę, to chyba jedna  z niewielu autorek, która przeklina nieprzeklinając. Trochę to zawiłe, wiem. Chodzi mi o to, że w całej książce nie ma ani jednego wulgaryzmu, ale gdy dajmy na to bohater spada na łeb na szyję z dwunastopiętrowego budynku, to jego myśli sugerują, że klnie jak szewc. To się Hunter chwali, bo strasznie nie lubię, gdy w takiej sytuacji spadający ma w głowie coś w stylu „Holibka, zaraz się rozbiję na miazgę, ojojo!”. Podoba mi się realizm, to że nastolatki w Prawie o północy myślą jak nastolatki, a nie jak młodzi geniusze, wysławiają się jak na ich wiek przystało. Podoba mi się, że czytając tę książkę czuje się ich młodość. 

Wodospady pokochałam za to, że czytając śmiałam się do książki (wiecie jak krzywo potrafią patrzeć się staruszki, gdy szczerzysz się z niewiadomego powodu czytając w komunikacji miejskiej?). I nie ukrywam, to właśnie tęsknota za humorem C.C. Hunter była jednym z ważniejszych powodów, które skłoniły mnie do sięgnięcia po ten zbiór nowel. I cholera jasna nie zawiodłam się! Autorka nadal jest świeża, nadal zaskakuje metaforami i ciętymi ripostami, nadal sprawia, że staruszki w autobusach piorunują mnie wzrokiem. Okej, w Prawie o północy ciężko znaleźć głębokie, natchnione cytaty, ale za to tych zabawnych jest… Cóż, może ja wam to przedstawię w ten sposób: 

Tak, te różowe karteczki w 90% to cytaty, które mnie rozbroiły


Próbowałam uszeregować te pięć nowelek „od najlepszej, do najgorszej”, ale tak się nie da. Pierwsze dwie były fenomenalne, bo były o Delli <3. Charakterek tej wampirzycy mnie zawsze rozbrajał, jej wygadanie i bezczelność, a do tego odwaga i upór są tym, co uwielbiam w żeńskich postaciach. 

Historia o Mirandzie była równie dobra, no bo holibka, w niej był Perry! Kurczę, jak ja się za nim stęskniłam, nie wyobrażacie sobie. Poza tym zakończenie mnie zaskoczyło, i chociaż rodzinna tajemnica była dość oczywista, to Hunter rozegrała to ciekawie, a poza tym… Ej! To miało 166 stron! W tak króciutkiej historii nie było zbytnio czasu na snucie tajemnic, więc wybaczam autorce tę oczywistość. 


Ostatnia nowela rozłożyła mnie na łopatki. Szczerze? Miałam ochotę ją pominąć. Nie lubiłam Fredriki, babsko mi na nerwy działało przez cały cykl o Wodospadach. Myślałam, że w tej historii będę czytać o niej i Lukasie. Ale to, co wymyśliła Hunter… Cholera jasna, to powinna być osobna książka! Ja chcę więcej tej miłości, chcę dużo, dużo więcej Fredriki i… takiego jednego pana <3. Dopiero w tej noweli miałam okazję poznać bliżej wilczycę, zrozumieć motywy, które nią kierowały. I wiecie co? Polubiłyśmy się. Ba! Myślę, że mogłybyśmy zostać przyjaciółkami. Oh! Gdyby tylko ten Obóz istniał naprawdę :’(.

Jedynie nowela o Chase’ie mnie nie ruszyła. Przeczytałam, bo przeczytałam, ale szału nie było. Wydaje mi się, że to przez to, że nie znam tej postaci. Nie mam pojęcia kim on jest, ale planuję przekonać się już wkrótce, jak najszybciej nadrabiając trylogię o Delli. Poza tym w tej historii chłopak ma zaledwie 14 lat i.. kurcze, jak na czternastolatka przystało jego głównym obiektem zainteresowań są piersi. 

Apropo piersi. Wydaje mi się, ze autorka ma jakiś fetysz piersiowy. Poważnie, w każdej noweli przewija się motyw biustu. Oczywiście najwyraźniej został zaznaczony w historii Delli, która ma kompleks małych piersi. Kurczę, nie do końca to rozumiem. Serio biust jest taki istotny? No ale okej, ostatecznie nie przeszkadzało mi to jakoś zbytnio, raczej bawiło.


Co jeszcze.. Ach tak! Chłopcy. Mężczyźni. Bohaterowie płci męskiej. Cholera jasna, ja nie wiem jak Hunter to robi, ale w jej książkach nie sposób nie kochać męskich postaci. Każdy jeden jest nieziemsko przystojny, każdy ma nieodparty urok osobisty, każdy jest zabawny, i każdego chciałoby się wycałować od stóp do głów. Prawie o północy nie stanowi wyjątku – w każdej z nowelek mężczyźni są cudowni. Moimi numerami jeden zostali jednak dwaj zmiennokształtni – Perry i Steve. Cóż, chyba mam słabość do tego gatunku <3

Podsumowując: Hunter mnie nie zawiodła. Chciałam lekkości i humoru, chciałam wampirów, wilkołaków i zmiennokształtnych, i dostałam to wszystko pięknie zapakowane w pięć malutkich paczuszek. Nie wiem, czy mogę polecić tę książkę każdemu. Mnie irytowała nieznajomość Chase’a, więc może lepiej najpierw sięgnijcie przynajmniej po cykl o Wodospadach Cienia ;). Jednak jeśli czujecie, że nie będzie wam przeszkadzać brak informacji o którejś z postaci, to śmiało, bierzcie się za Prawie o północy


Holibka, długie mi to wyszło… Ale nie bardzo wiem jak skrócić tę recenzję. Mam nadzieję, że was nie zanudziłam, a jeśli jednak posnęliście w trakcie, to wybaczcie. Obiecuję dopracować umiejętność pisania recenzji zbiorów opowiadań/noweli, słowo blogera ;). Skoro ja się tyle ogadałam, to teraz kolej na Was!

Czytaliście już? A może macie w planach? Co myślicie o takim powrocie do Wodospadów? Zachęciłam Was? Zniechęciłam? Ululałam? Piszcie swoje opinie w komentarzach!

Buziaki ;*
Q.



Za książkę dziękuję księgarni Pan Tomasz