Pokazywanie postów oznaczonych etykietą współpraca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą współpraca. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 marca 2017

Podsumowanie zimy! ;)


Hej Arbuziki!

Kurde, pierwszy raz podsumowanie pojawi się nie w pierwszy dzień miesiąca. Ale chyba mi to wybaczycie... prawda? To wszystko przez to, że luty jest wybrakowany i ma za mało dni :'). Nie będę przedłużać - zapraszam Was na podsumowanie minionej zimy! 


poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Powrót do Wodospadów Cienia ;)


Cześć Farfocelki!
Tak jak obiecywałam, dziś pora na recenzję. Będzie troszkę dziwnie, bo pierwszy raz pisze nie o jednej historii, a o pięciu. Dzisiaj bierzemy na tapetę Prawie o północy C.C. Hunter!

Zanim opowiem wam co-nieco o tym zbiorze nowelek zdradzę wam sekret. Nienawidzę takich książek. Nie umiem ich czytać. Meczą mnie i irytują. Wyjątkiem były opowiadania Sapkowskiego i Pilipiuka. Jednak na ogół szlag mnie trafia przy nowelach i opowiadaniach, bo akcja toczy się za szybko, miłość pojawia się zbyt (nie)spodziewanie, opisy są zbyt krótkie, a dialogi piekielnie banalne. Dlatego na ogół omijam szerokim łukiem takie twory… ale w tym przypadku postanowiłam zrobić wyjątek, bo przecież to moje ukochane Wodospady! Czytałam je dawno, nawet bardzo dawno, a nadal pamiętam tę cudowną lekkość i radość, które towarzyszyły mi przy lekturze cyklu o Kylie Galen. Chciałam znów to poczuć. Ale czy było warto? A może się sparzyłam na tej decyzji? Terefere kuku, czytajcie do końca leniuszki! ;)

Prawie o północy składa się z pięciu oddzielnych historii. Nie do końca wiem jak w takiej sytuacji przedstawić Wam fabułę, więc lecimy po kolei.


Na pierwszy ogień autorka postanowiła opowiedzieć nam historię o tym jak Della została wampirem. Poznajemy ją jako zwykłą dziewczynę, która stara się sprostać wymaganiom swojego ojca, która jest zakochana po uszy w chłopaku z azjatyckiej rodziny, która żyje normalnie do czasu, gdy pewnego wieczoru staje się świadkiem walki wilkołaków i wampirów. Ta nowelka jest najkrótsza, nawet nie podzielono jej na rozdziały. Cholernie cieszę się, że na początku czytałam o Delli, bo to właśnie tę wampirzycę polubiłam najbardziej z całego cyklu. 

W kolejnej noweli również spotykamy Dellę, jednak tu już po przemianie w istotę nadnaturalną. Druga opowieść mówi o misji specjalnej zleconej wampirzycy przez JBF (takie nadnaturalne FBI), którą wykonywała razem z pewnym uroczym zmiennokształtnym. Chwała niebiosom C.C. Hunter za tą drugą opowieść, bo inaczej bym się na nią obraziła. Pierwsza była zdecydowanie za krótka. Natomiast ta… Kurczę, to było… Albo nie. O wrażeniach opowiem za chwilę ;).

Trzecia nowela mówiła o niejakim Chase Tallmanie, i musze przyznać, że miałam z nią problem. Czemu? Bo kurna nie mam zielonego pojęcia kim jest ten typek! Później mnie olśniło, że pewnie nie był postacią z Wodospadów cienia, lecz z tej trylogii o Delli, której jeszcze nie czytałam (jakim cudem, tego nie wiem). No i właśnie przez to, że nie znałam ziomka, miałam problem z wkręceniem się w historię czternastoletniego chłopca, który wraz z rodziną rozbił się samolotem w górach. Jednak ta opowieść była napisana inaczej niż pozostałe… o czym powiem już za minutkę ;).


Następnie C.C. Hunter rzuca nas w sam środek turnieju czarownic, gdzie wraz z Mirandą i pozostałymi bohaterami próbujemy złapać mordercę, który eliminuje uczestniczki tychże zawodów. Ale ta nowelka jest nie tylko o śledztwie JBF! Autorka opowiada w niej o rodzinie mojej ulubionej czarownicy, tajemnicach skrywanych przez lata oraz rozterkach miłosnych Mirandy.


Ostatnia, i moim zdaniem najlepsza nowela opowiada o Fredrice – wilkołaczce z Obozu w Wodospadach cienia. W tej opowieści dowiadujemy się o pasjach wilczycy, poznajemy jej historię, oraz obserwujemy narodziny pięknej miłości. Chociaż  dla mnie nie to było najważniejsze. Według mnie w ostatniej noweli Hunter oczyściła Frederikę, której piekielnie nie lubiłam, sprawiła, że czytelnik zmienia o niej zdanie, zaczyna ją rozumieć.

Tak więc wiecie już o czym mniej-więcej jest mowa w każdym z opowiadań. Musicie wybaczyć mi te króciutkie opisy, ale dłuższe byłyby beznadziejnymi spoilerami ;(. Ale to nie wszystko, co mam Wam dziś do przekazania! Pora na fachową opinie o tej książce jako całości ;).


To, co rzuciło mi się w oczy już na samym początku, to język, jakim posługuje się C.C. Hunter. Kurczę, to chyba jedna  z niewielu autorek, która przeklina nieprzeklinając. Trochę to zawiłe, wiem. Chodzi mi o to, że w całej książce nie ma ani jednego wulgaryzmu, ale gdy dajmy na to bohater spada na łeb na szyję z dwunastopiętrowego budynku, to jego myśli sugerują, że klnie jak szewc. To się Hunter chwali, bo strasznie nie lubię, gdy w takiej sytuacji spadający ma w głowie coś w stylu „Holibka, zaraz się rozbiję na miazgę, ojojo!”. Podoba mi się realizm, to że nastolatki w Prawie o północy myślą jak nastolatki, a nie jak młodzi geniusze, wysławiają się jak na ich wiek przystało. Podoba mi się, że czytając tę książkę czuje się ich młodość. 

Wodospady pokochałam za to, że czytając śmiałam się do książki (wiecie jak krzywo potrafią patrzeć się staruszki, gdy szczerzysz się z niewiadomego powodu czytając w komunikacji miejskiej?). I nie ukrywam, to właśnie tęsknota za humorem C.C. Hunter była jednym z ważniejszych powodów, które skłoniły mnie do sięgnięcia po ten zbiór nowel. I cholera jasna nie zawiodłam się! Autorka nadal jest świeża, nadal zaskakuje metaforami i ciętymi ripostami, nadal sprawia, że staruszki w autobusach piorunują mnie wzrokiem. Okej, w Prawie o północy ciężko znaleźć głębokie, natchnione cytaty, ale za to tych zabawnych jest… Cóż, może ja wam to przedstawię w ten sposób: 

Tak, te różowe karteczki w 90% to cytaty, które mnie rozbroiły


Próbowałam uszeregować te pięć nowelek „od najlepszej, do najgorszej”, ale tak się nie da. Pierwsze dwie były fenomenalne, bo były o Delli <3. Charakterek tej wampirzycy mnie zawsze rozbrajał, jej wygadanie i bezczelność, a do tego odwaga i upór są tym, co uwielbiam w żeńskich postaciach. 

Historia o Mirandzie była równie dobra, no bo holibka, w niej był Perry! Kurczę, jak ja się za nim stęskniłam, nie wyobrażacie sobie. Poza tym zakończenie mnie zaskoczyło, i chociaż rodzinna tajemnica była dość oczywista, to Hunter rozegrała to ciekawie, a poza tym… Ej! To miało 166 stron! W tak króciutkiej historii nie było zbytnio czasu na snucie tajemnic, więc wybaczam autorce tę oczywistość. 


Ostatnia nowela rozłożyła mnie na łopatki. Szczerze? Miałam ochotę ją pominąć. Nie lubiłam Fredriki, babsko mi na nerwy działało przez cały cykl o Wodospadach. Myślałam, że w tej historii będę czytać o niej i Lukasie. Ale to, co wymyśliła Hunter… Cholera jasna, to powinna być osobna książka! Ja chcę więcej tej miłości, chcę dużo, dużo więcej Fredriki i… takiego jednego pana <3. Dopiero w tej noweli miałam okazję poznać bliżej wilczycę, zrozumieć motywy, które nią kierowały. I wiecie co? Polubiłyśmy się. Ba! Myślę, że mogłybyśmy zostać przyjaciółkami. Oh! Gdyby tylko ten Obóz istniał naprawdę :’(.

Jedynie nowela o Chase’ie mnie nie ruszyła. Przeczytałam, bo przeczytałam, ale szału nie było. Wydaje mi się, że to przez to, że nie znam tej postaci. Nie mam pojęcia kim on jest, ale planuję przekonać się już wkrótce, jak najszybciej nadrabiając trylogię o Delli. Poza tym w tej historii chłopak ma zaledwie 14 lat i.. kurcze, jak na czternastolatka przystało jego głównym obiektem zainteresowań są piersi. 

Apropo piersi. Wydaje mi się, ze autorka ma jakiś fetysz piersiowy. Poważnie, w każdej noweli przewija się motyw biustu. Oczywiście najwyraźniej został zaznaczony w historii Delli, która ma kompleks małych piersi. Kurczę, nie do końca to rozumiem. Serio biust jest taki istotny? No ale okej, ostatecznie nie przeszkadzało mi to jakoś zbytnio, raczej bawiło.


Co jeszcze.. Ach tak! Chłopcy. Mężczyźni. Bohaterowie płci męskiej. Cholera jasna, ja nie wiem jak Hunter to robi, ale w jej książkach nie sposób nie kochać męskich postaci. Każdy jeden jest nieziemsko przystojny, każdy ma nieodparty urok osobisty, każdy jest zabawny, i każdego chciałoby się wycałować od stóp do głów. Prawie o północy nie stanowi wyjątku – w każdej z nowelek mężczyźni są cudowni. Moimi numerami jeden zostali jednak dwaj zmiennokształtni – Perry i Steve. Cóż, chyba mam słabość do tego gatunku <3

Podsumowując: Hunter mnie nie zawiodła. Chciałam lekkości i humoru, chciałam wampirów, wilkołaków i zmiennokształtnych, i dostałam to wszystko pięknie zapakowane w pięć malutkich paczuszek. Nie wiem, czy mogę polecić tę książkę każdemu. Mnie irytowała nieznajomość Chase’a, więc może lepiej najpierw sięgnijcie przynajmniej po cykl o Wodospadach Cienia ;). Jednak jeśli czujecie, że nie będzie wam przeszkadzać brak informacji o którejś z postaci, to śmiało, bierzcie się za Prawie o północy


Holibka, długie mi to wyszło… Ale nie bardzo wiem jak skrócić tę recenzję. Mam nadzieję, że was nie zanudziłam, a jeśli jednak posnęliście w trakcie, to wybaczcie. Obiecuję dopracować umiejętność pisania recenzji zbiorów opowiadań/noweli, słowo blogera ;). Skoro ja się tyle ogadałam, to teraz kolej na Was!

Czytaliście już? A może macie w planach? Co myślicie o takim powrocie do Wodospadów? Zachęciłam Was? Zniechęciłam? Ululałam? Piszcie swoje opinie w komentarzach!

Buziaki ;*
Q.



Za książkę dziękuję księgarni Pan Tomasz



niedziela, 14 sierpnia 2016

Co 4 głowy to nie jedna! Kolejna niedziela z Fantastyczną Czwórką :)



No hej precle! 
Dziś będzie krótko, informacyjnie i zachęcająco. Jak pisałam tydzień temu sierpień Drzwi do innego wymiaru będzie miesiącem współpracy z innymi blogami. I tak oto mamy drugą niedzielę ósmego miesiąca roku, a więc pora na kolejny post z cyklu "Co 4 głowy, to nie jedna!" ;). Tym razem żeby dowiedzieć się co wymyśliły cztery głowy musicie wskoczyć w ten oto portal --> PORTAL DO SEMPRY ^^, a dziś będzie mowa o... ej co ja wam mam mówić? Sprawdźcie sami! 

Nawiasem mówiąc nie tylko do Sempry warto zajrzeć ;) Jeśli macie ochotę na oryginalne, przezabawne recenzje, to klikajcie TUTEJ, a magiczne moce Duchów Przodków przeniosą was do Ameruji, i jej Osobistego ósmego księżyca.

Z kolei jeśli chcecie poczytać świetne recenzje, i nie tylko, takie z charakterkiem pisane, to musicie wskoczyć w TEN TUNEL, który prowadzi do bloga Kasi ;).

Dziś to w zasadzie tyle. Gorąco zapraszam was do dyskusji w komentarzach pod naszym wspólnym postem. Na prawdę czekamy na Wasze opinie!

Buziole, 
Q.

niedziela, 7 sierpnia 2016

Co 4 głowy, to nie jedna: Powrót do przeszłości – czy naprawdę tego potrzebujemy?


Cześć Potworki! 

Dziś będzie zupełnie, ale to  z u p e ł n i e  inaczej, niż dotychczas. Jakoś w pierwszych dniach sierpnia wpadłam na pomysł, coby ten miesiąc przebiegł pod znakiem współpracy blogerskiej. Napisałam do kilku dziewczyn, przedstawiłam im mój pomysł, i tak oto jesteśmy. Mamy cztery różne charaktery, style pisania, i opinie. Jak widzicie na banerze – posty będą pojawiać się w każdą niedzielę sierpnia, więc będzie ich cztery, każdy u jednej z nas ;). Oczywiście już traz serdecznia zapraszam Was na blogi dziewczyn - klikając ich nicki przeniesiecie się do nich :). To tak słowem wyjaśnienia. Oczywiście zapraszamy was do dyskusji w komentarzach – czekamy na wasze opinie, uwagi i spostrzeżenia! 

Ale przejdźmy do meritum: powrót do przeszłości. Nie macie wrażenia, że coraz częściej autorzy fundują nam powtórki czegoś, co już było? Nie doświadczyliście uczucia dejavu? Może czujecie, tak jak i ja, że pisarze zaczęli wracać do cykli dawno zakończonych? Nie? Cóż, czytajcie więc dalej ;).

Kojarzycie 50 twarzy Greya? Na pewno kojarzycie. A Grey’a? Stosunkowo niedawno pełno go było wszędzie. Przepraszam Moi Drodzy, ale czy to aby nie ta sama historia, tylko opisana z perspektywy Christiana? E.L. James nie popisała się zbytnio kreatywnością… No ale skoro na 50 Twarzach Greya dało radę nieźle zarobić, to czemu by nie wyssać z tej historii więcej grosza? 

Szukając dalej przyszła mi do głowy J.K. Rowling. Szanuję ją, uwielbiam historię Chłopca z Blizną, ale dla mnie skończyła się ona w momencie śmierci Voldemorta. I rzekomo dla Rowling też, a tu proszę: Harry Potter i Przeklęte Dziecko. Harry nam dorósł, ale nic to! Zróbmy spektakl, wydajmy scenariusz w formie książki, będzie hit! Kurcze wybaczcie, ale nie kupuję tego. Dla mnie Chłopiec z Blizną ma pozostać nastolatkiem. Finito.



Ostatni przykład traktuję nieco inaczej. Sezon burz. Po bodajże szesnastu latach od wydania ostatniego tomu sagi o Wiedźminie Sapkowski wrócił do historii o Geralcie. Nie powiem, pobiegłam w podskokach do księgarni, ba! Zamówiłam przedpremierowo. I przeczytałam, i się zachwyciłam. AS mnie nie zawiódł – był humor, był wiedźmiński klimat, było wszystko, czego oczekuję od Sapkowskiego. Cóż, powrót do przeszłości może więc być niesamowicie przyjemny ;).

Podsumowując uważam, że powroty mogą być udane. Z pewnością jest wiele więcej takich przypadków. Jednak czasami autorzy mogliby sobie odpuścić. Okej, jeśli naprawdę mają pomysł na coś „starego, ale nowego” – krzyżyk na drogę, niech im pióro lekkim będzie. Ale jeśli chcą z nas wyskubać więcej kasy, to niechże na litość boską się troszkę wysilą. Od tego mamy wyobraźnię, aby z niej korzystać! Tak więc powrotowi do przeszłości nie mówię „nie”. Mówię „proszę, tylko rozsądnie”. 

Ale to tylko moje zdanie. Teraz kolej Dziewczyn. Co wy o tym myślicie? ;)




Cześć wszystkim! Dziś możecie być lekko zdezorientowani, bo oto ja nie na swoim blogu! Miałam pisać po „Kasinowemu”, ale jednak muszę odrobinkę się ograniczyć, bo przecież wysoce niekulturalnym jest używanie wulgaryzmów w gości :D.

Dziś zajmujemy się tzw. odgrzewaniem kotletów. Tak więc wyciągamy usmażone wcześniej mięso z zamrażarki, na patelnię wlewamy olej...Moment, no przecież nie o takie kotlety nam chodzi, ale o książkowe!

Powiem szczerze, że kontynuacja już zakończonej serii, lub kombinowanie co by tu jeszcze napisać, żeby zarobić albo „uszczęśliwić” swoich czytelników na siłę- praktycznie nigdy nie kończy się dobrze. Przytoczę tu chociażby przykład tego nieszczęsnego „dzieła” Stephenie Meyer „Życie i śmierć”, z którym na pewno niektórzy z was mieli „przyjemność” się zetknąć, a którego ja kijem nie tknę. Autorka jeżeli już tak bardzo chciała podarować coś swoim fanom, lepiej zrobiłaby, gdyby spisała historię oczami Edwarda, może nie jest to jakiś mega oryginalny pomysł, ale już lepsze to, niż przepisanie „Zmierzchu”, zmiana imion i płci, i dadaaaaam! „Hicior” gotowy.
Boże, tyle sarkazmu w tak młodej mej duszy.

Chyba największym zaskoczeniem ever, była wiadomość o kontynuacji książki „Zabić drozda” Harper Lee, która zdecydowała się na jej wydanie po 55 latach! Co ciekawsze, opowiada o tym samym bohaterze :).


Odniosę się do wypowiedzi naszej kochanej organizatorki i tego nieszczęsnego Grey’a pisanego z perspektywy tytułowego „Kryszczjana”. Opisać tę książkę i w ogóle pomysł na nią mogę w trzech słowach: chała, badziewie, szmira, tandeta, chłam, lipa, szmira i gniot. Dobra, wyszło więcej niż trzy, ale w końcu jestem humanistką (z mat-infu, ale zawsze) :D.


Nie zawsze jednak takie „powroty do przeszłości” są złe. Wydawnictwa bardzo często po raz któryś wydają jakąś serię czy książkę. Dzięki temu możemy natrafić na pozycję, która normalnie mogłaby się nam napatoczyć najwyżej w antykwariacie czy najmroczniejszych czeluściach allegro. Tu można podawać nieograniczone ilości przykładów, chociażby „To” Stephena Kinga (które samo mam, a jego kupno było istnym koszmarem: wyobraźcie sobie, że skończył się nakład, więc rozpoczęłam szukanie w internecie pozycji pt. „To” po angielsku „It”, dwa tygodnie ślęczałam przy kompie, zanim znalazłam...), czy moje ukochane „Pamiętniki wampirów”, których pierwsza część została napisana w 1991 roku! Któżby o nich pamiętał, gdyby nie zostały wydane po raz kolejny? Na takie „odgrzewanie kotletów” z przyjemnością mogę się zgodzić :).




Cześć, kluski! Dzisiaj witam Was na blogu Uli. Fajnie, nie? :)

Sama do takich „powrotów do przeszłości” mam dość mieszany stosunek, już Wam tłumaczę dlaczego. Głównie takie odkurzanie wcześniejszych książek kojarzy mi się z łatwym sposobem na zarobienie dodatkowych pieniędzy. Po co rozgrzebywać coś, co już dawno temu miało swoje piękne, pewnie niesamowicie wzruszające i szczęśliwe zakończenie? Jak mówi przysłowie „co za dużo, to nie zdrowo”.

Wspominałam, że moje uczucia są mieszane, prawda? Wszystko przez to, że z natury jestem osobą diabelnie sentymentalną i bardzo przywiązuję się do fikcyjnych światów oraz bohaterów. Dlatego zazwyczaj ciężko kończy mi się cykle powieści, do których żywię szczere uczucie miłości. Bo kiedy dobrnę do ostatniej strony epilogu, to cały ten czar pryśnie. Wszystko się skończy i już nigdy nie będzie mi dane poznać nowych przygód, toczących się w tych wspaniałych książkach. Ilu z was chciałoby cofnąć czas, poznając całą historię ulubionej serii od początku? 

Widząc temat tego posta, pierwsze co mi przyszło na myśl, to ósma część „Harry’ego Potter’a”. Rowling tą serią stworzyła moje dzieciństwo, porywając mnie do magicznego świata, gdzie można latać na miotle. Naprawdę ciężko było mi się rozstać z tą serią, zupełnie tak jakbym skończyła jeść pyszne pączki z Auchan i zostałoby mi po nich jedynie puste pudełko, ubabrane lukrem (znowu myślę o jedzeniu, przepraszam). Dlatego ucieszyłabym się z kolejnej części serii, jednak pod jednym warunkiem. Ten sam magiczny świat – TAK; ci sami bohaterowie – NIE. Skoro któryś z pisarzy zdobył się na wykreowanie tylu wspaniałych światów, to dlaczego mają one zostawać tak puste i samotnie po zakończeniu? Może warto zostawić w spokoju danych bohaterów, a skupić się bardziej na świecie, w którym żyją?


Wszystkie trzy otworzyłyśmy drzwi i dzisiaj robimy rozróbę na blogu Uli.
Tak więc, czego tyczy się nasza zawzięta dyskusja...?
Staruszkowie, którzy postanowili, że wbiją się w obcisłe ciuszki i będą wywijać przy popowej muzyce w jakimś klubie... oczywiście, że będziemy paplać o książkach!

Tak więc, kiedy myślę o 'powrocie do przeszłości' pierwsze co, przed oczami pojawia mi się Kristen Stewart, która w najnowszej książce Stephanie Meyer, ma być 'lśniącym wampajerem Edłordem' wersja 2.0. 
Mówiąc szczerze, w „Zmierzchu” mimo iż był ten koszmarny trójkąt, który doprowadzał mnie do szału, to książka mi się podobała. Jednak, no ludzie! Czy autorka naprawdę chciała pokazać jak zachowaliby się wampirzyca i człowiek...?
Nie. Chciała wycisnąć jeszcze trochę mamony z tych książek. Wycisnąć tak, jak wyciska się końcówkę pasty na szczoteczkę – trzeba się trochę nagimnastykować, ale ostatecznie wygrywasz.

Hmm, to raczej nie jest dobry przykład, jednak musiałam go tu umieścić. „Kroniki Białego Królika” kocham te książki! Pierwsze trzy części za mną i według mnie, tu mogłaby się zakończyć niesamowita historia o Alicji Bell. Trylogia. Ale nie! Jest jeszcze czwarta część, po co?
Żeby zobaczyć jak bohaterowie radzą sobie jako rodzice? Serio? Chcę, aby w moich wspomnieniach pozostali nastolatkami.
No przepraszam, ale nie wyobrażam sobie naszych zabójców bawiących dzieciaki w kołyskach – co to, to nie!

Powrót do przeszłości nie jest zły, jednak zazwyczaj to tylko chęć zarobienia więcej na czymś, co już powstało.

Tak więc, podsumowując.
'Powrót do przeszłości' jest nam wszystkim dobrze znany.
Jest upalny dzień, w pocie czoła zawędrowałeś do kuchni. Zamrażarka! Tam czeka zbawienie. Lody. Porywasz upragnione pudełko w ramiona, szybko zabierasz łyżeczkę i otwierasz paczuszkę... a w środku zielone!
Koperek? Dzięki babciu...
Cieszysz się, w końcu – masz koperek na ziemniaki. 

No właśnie, t-y-l-k-o na ziemniaki.


--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

A więc nasze zdanie już znacie. A co z Wami? Lubicie takie odgrzewane mięsko? Nie? Czekamy na Was w komentarzach!

Buziory!