Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 grudnia 2018

Zabrakło mi słów..! | Narodziny gwiazdy


(źródło)
Hej Żaby!
W sobotę razem z moim chłopakiem byliśmy w kinie na A star is born (lub, jak ktoś woli, na Narodzinach gwiazdy). Normalnie nie mówię wam o filmach, które oglądam, no chyba że pokrótce opowiadam o wrażeniach na instastories, ale to też nieczęsto. Tym razem jednak nie mogę pozostawić tego, co obejrzałam bez komentarza. Ja wam po prostu MUSZĘ o tym opowiedzieć!

niedziela, 6 maja 2018

sobota, 23 lipca 2016

Nie bądź sknera - nakarm swoje wewnętrzne dziecko!


Cześć i czołem!

Dobra Miśki, dziś coś, czego jeszcze nie było. To znaczy już dwa razy było, ale na poważnie, a dziś będzie mniej-poważnie. Tak się zastanawiam: czy my przypadkiem nie dorastamy za szybko? Czemu wszyscy tak gnają do powagi i rezygnują z tej szczypty dzieciństwa, jaką można przemycić po ukończeniu granicznej osiemnastki? Bajki. Mówię o bajkach, a raczej o filmach animowanych. Nie wiem czy tylko u mnie wśród znajomych panuje przekonanie, że tak po szesnastym roku życia bajek się nie ogląda? A według mnie to idiotyzm. Przecież w tych wszystkich filmach jest 40% humoru przeznaczonego dla dorosło widza! Wiem, bo mam w zwyczaju oglądać najpierw z chłopakiem/przyjaciółką/tatą, a później z młodszymi kuzynami w wieku „bajkowym”. I widzę reakcje obu grup wiekowych, gdzie chłopcy nie śmieją się właściwie z żartów bawiących mnie czy koleżankę, za to rechoczą jak głupi z czegoś, co mnie w ogóle nie bawiło. To znaczy nie narzucam nikomu konieczności obejrzenia Shreka, Epoki lodowcowej czy innej Meridy Walecznej, ale czemu te wszystkie filmy są przypisywane widowni w wieku 5-12, a nie 5-102? Przecież w każdym z nas jest dziecko, które od czasu do czasu trzeba czymś nakarmić. Ja moje wewnętrzne dziecko nakarmiłam ostatnio do syta Zwierzogrodem, i to o nim będzie dziś mowa.

wtorek, 12 lipca 2016

Niesamowita adaptacja niesamowitej książki, innymi słowy: Zanim się pojawiłeś

Ostatnio jest o niej głośno. Ba, nawet  b a r d z o  głośno! Niemal na każdym blogu pojawiają się jej recenzje, z tego co zaobserwowałam w znacznej mierze pochlebne. Mowa oczywiście o historii stworzonej przez Jojo Moyes – Zanim się pojawiłeś. Ja jednak postanowiłam NIE pisać o książce, a o jej ekranizacji, która zdecydowanie zasługuje na to, żeby o niej mówiono.



Reżyserka Thea Sharrock do spółki z Jojo Moyes stworzyły wspólnie świetny melodramat. Nie muszę chyba pisać, że jest on świeżynką, premierę w Polsce miał 10 czerwca 2016 roku, a więc miesiąc temu ;). Ci z Was, którzy lekturę książki mają już za sobą wiedzą, o czym będzie mowa, jednak dla tych, którzy jeszcze nie czytali opowiem pokrótce kto z kim i dlaczego. Nie obawiajcie się Kochani, spoilery są fuj, spoilerów nie lubimy, więc ich tu nie będzie ;).


Akcja filmu toczy się w małym angielskim miasteczku. Jedna z dwójki głównych bohaterów, Lou Clark (w której rolę wciela się nie kto inny, a Matka Smoków – Emilia Clarke) niespodziewanie traci pracę i jest zmuszona szybko znaleźć kolejną. Tym sposobem zostaje opiekunką niepełnosprawnego Willa Traynora (Uwaga dziewczyny, bowiem Willa gra Sam Claflin!). Z początku jest ciężko, bo od swojego wypadku główny bohater stracił zupełnie chęci do życia. Przyzwyczajony do podróży, ekstremalnych sportów, i życia pełną piersią Will nie chce spędzić reszty życia na wózku.  Jednak Lou uparcie burzy mur, którym otoczył się mężczyzna. Z czasem Will zaczyna odżywać, zmieniać się. Jednak czy starania Lou wystarczą, aby odwieść go od podjętej wcześniej decyzji? Tego nie zdradzę (taka ze mnie jędza!) ;).

Wiecie już o czym film opowiada, przejdźmy do tego JAK jest to opowiedziane. Pierwsze słowa , jakie mi się nasuwają, gdy myślę o tej adaptacji, to „dobry smak” i „magiczny klimat”. Czemu? Już tłumaczę ;).