Endgame. Wezwanie
James Frey
Cześć Kochani!
Uznałam, że tak dłużej być nie
może. Koniec z tym. Basta. Co to w ogóle ma być?! Przeglądnęłam wszystkie
zamieszczone tutaj recenzje, i niemalże wszystkie są o książkach genialnych,
albo co najmniej dobrych. Do tej pory otwierałam przed Wami drzwi do wymiarów
wspaniałych, pełnych miłości i magii. Ale dziś będzie inaczej. Dziś uchylę
drzwi do krainy irytacji, absurdu i jednego, wielkiego zawodu. Czas na Endgame.
Wezwanie.
No to zacznijmy od fabuły. Idzie
to mniej-więcej tak:
Endgame jest czymś w rodzaju gry
wstępnej do apokalipsy. W ziemię uderza dwanaście meteorytów, które są Wezwaniem
do pojedynku dla dwunastki nastolatków. Każdy z nich jest przedstawicielem
jednego ze starożytnych plemion, które żyją na ziemi od zarania dziejów. Walka
toczy się o trzy klucze. Kto zdobędzie je wszystkie, ten zwycięży Endgame, a co
za tym idzie on i jego plemię jako jedyni przetrwają koniec świata. Reszta
ludzi umrze. Wspomniałam, że o
zbliżającym się Armagedonie wiedzą tylko wybrańcy i ich najbliżsi, tudzież
przedstawiciele Rad plemion? Zwykłe Janusze nie mają pojęcia, że właśnie toczy
się gra, której ceną jest ich życie. Po otrzymaniu Wezwania uczestnicy udają
się na spotkanie z kosmitami, którzy to wszystko organizują. Ufoludki dają
każdemu wskazówkę jak dotrzeć do pierwszego klucza i gra się rozpoczyna.
Wszystkie chwyty dozwolone.
