niedziela, 19 marca 2017

Apsik, Alleluja! Dożywocie Marta Kisiel

Czołem Żuczki!
Szczerze? Mam ochotę znów zrobić cytatową recenzję. Serio. Czemu? Cóż, patrzę teraz na książkę o której zaraz się (mniej lub bardziej) rozpiszę i razi mnie w oczy dwadzieścia jaskrawych karteczek, a każda skrywa jakiś fenomenalny cytat. I teraz sama nie wiem… W każdym razie dziś chcę wam opowiedzieć o Dożywociu autorstwa Marty Kisiel!


JAKBY TU TO SPIGULIĆ?
Tego się chyba nie da streścić, bo… w Dożywociu nie ma jako tako jednego wątku, który ciągnie się od początku do końca książki nieprzerwanie, tajemnicy czy problemu, który rozwiązywałby się na końcu. Wydarzenia dzieją się chronologicznie, są ze sobą powiązane ale… chyba jednak znów pokuszę się o opis okładkowy, który swoją drogą mnie osobiście ogromnie zaciekawił ;)

Siła wyższa bez wątpienia jest kobietą, Pech bez wątpienia mężczyzną, a Licho... licho je tam wie. Poza tym płeć uczulonego na własne pierze anioła stróża z manią czystości to dla Konrada Romańczuka (głównej osoby tego dramatu) bynajmniej nie największy problem.

Z połączonych mocy nadprzyrodzonego trio powstaje bowiem fatum z prawdziwego zdarzenia: klątwa ciekawych czasów. Będzie ona odtąd sprawowała dożywotni nadzór nad każdym krokiem Konrada, świeżo upieczonego spadkobiercy Lichotki, wiekowego domu z upiorną, gotycką wieżyczką rodem z kiepskich filmów grozy, oraz całym dobrodziejstwem inwentarza: 
  • ·    nieszczęsną duszą panicza Szczęsnego, seryjnego samobójcy, poety, mistrza całorocznej depresji i haftu krzyżykowego - sztuk 1.
  • ·  Mackami szefa kuchni o chrupiącym imieniu, przybyłego wprost z głębin odwiecznego ZUA - sztuk minimum 8.
  • ·    Utopcami zawsze nie w tej łazience co trzeba - sztuk 4.
  • · Najprawdziwszą Zmorą w postaci charakternej kotki - sztuk 1 plus 4 kły i 18 pazurów w pakiecie.
  • ·    Wrednym różowym królikiem, niepozornym omenem straszliwej zagłady - zbiór nieprzeliczalny.
 Tylko właściwie kto tu kogo dostał w spadku: Konrad dożywotników czy dożywotnicy Konrada?

HISTORIA BOGATA W SŁOWA <3
„Nie mieściło mu się w światopoglądzie, że praprapra… daleki przodek mógł z własnej i nieprzymuszonej woli postawić coś równie kuriozalnego i jeszcze nazwać to Lichotką. Niemal widział watahy zżerających ją korników. Podłogi, boazeria, framugi, ramy okienne, kręte schody, meble o wartości już chyba tylko muzealnej – wszystko drewniane, wiekowe i bardzo stylowe. Rzeźbione w drewnie detale, kwiatki, listki, łodyżki rozety i łuki występowały w ilościach hurtowych. Całość wyglądała jak gotycki szał ciał i uprzęży, spełniony sen szalonego stolarza, a na domiar złego cierpiała niedostatki nie tylko szeroko pojmowanej urody, ale również kondycji, mocno nadgryzionej spróchniałym zębem czasu, gdyż chodnik w holu składał się przeważnie z dziur, kinkiety na ścianach trzymały się na słowo honoru, zaś w drzwiach wejściowych zamiast zamka był zwykły skobel.”

A więc jak widzicie – jednak będzie cytatowo, ale jeśli nie macie mocy na czytanie cytatów – spokojnie, i bez tego recenzja będzie zrozumiała… mam nadzieję ;).
Wiecie co mnie zaskoczyło w Dożywociu? Słownictwo. Gibkość języka autorki jest nie-sa-mo-wi-ta! Każdy opis jest pełen przymiotników, i to nie tych durnych i banalnych, jak „fajny” czy „dobry”, co to, to nie. Kisiel nie idzie na łatwiznę i pokazuje nam piękno i bogactwo rodzimego języka. W końcu Polacy nie gęsi… ;) I nagle okazuje się, że można pisać bez wulgaryzmów i bluzgów, a nadal z charakterem, nadal z pazurem i nadal ciekawie i z emocjami. Powyżej przytoczyłam opis Lichotki – domu, który Konrada, czyli główny bohater odziedziczył w spadku. No i niech mi ktoś powie, że po przeczytaniu nie zobaczył tego domiszcza, nie usłyszał skrzypiących schodów i nie dostał oczopląsu, gdy ukazały mu się te wszystkie drewniane bajery! Ja czytając czułam się tak, jakbym tam była, w Lichotce, razem z Konradem i bandą dożywotników <3. A wracając do stylu Kisiel: dawno już nie czytało mi się czegoś tak dobrze.  To jest tak barwne, tak lekkie, a przede wszystkim tak zabawne i smacznie napisane (o tym za moment), że nie sposób się oderwać od lektury. Po przeczytaniu jakichś stu stron nie wytrzymałam i poszłam do taty zagadać go na śmierć, zasypać zachwytami, a w końcu przeczytać fragment, który chwilę wcześniej zaznaczyłam śliczną, różową karteczką. Wiecie czym to się skończyło? Przez następną godzinę siedziałam i czytałam mu wybiórczo fragmenty Dożywocia, a on siedział z kieliszkiem wina i niemalże płakał ze śmiechu. Nawet włączył pauzę w filmie – a to jest ogromne wyróżnienie xD. A teraz tata czeka, aż spłodzę recenzję, coby mógł sam poznać Dożywocie… a po nim w kolejce już ustawiają się kolejne osoby. Chyba skutecznie zatrułam znajomym życie tą książką :’). Mam nadzieję, że wasze też uda mi się „zatruć”.

SCHEMATY? A CÓŻ TO TAKIEGO?
- Co… to… - więcej nie zdoła z siebie wydusić, ale Licho było domyślne.
- Krakers, proszę pana. Pradawny stwór z głębin odwiecznego zła, którego w 1836 przywołał bratanek pana Wincentego, alleluja – wyrecytowało. – Panicz Zygmunt bawił się w takie różne… dziwne… jakieś składanie ofiar, jakieś mroczne rytuały dzikie orgiami… Pewnej nocy miejscowi zrobili takie wielkie ognisko i spalili go pod drzewem. Szybko poszło, apsik, nawet nie zdążył wymyślić i rzucić porządnej klątwy. A Krakers został w spiżarce i zajął się gotowaniem. To mu wychodzi znacznie lepiej niż sianie zagłady.

Krakers pojawiał się sporadycznie, bo gdyż miał ograniczony zasięg – musiał siedzieć w piwnicy – ale zawsze służył pomocną… macką. Ale nie o nim tu będzie mowa, a raczej nie tylko o nim. Chce się skupić raczej na ogóle dożywotników. Marta Kisiel pojechała po bandzie, dając czytelnikowi coś, czego jeszcze nie było. Okej, pojedynczo w książkach występują i widma, i demony, i anioły… pewnie nawet utopce gdzieś się znajdą, ale żeby tak pod jednym dachem? Ja z taką historią spotkałam się po raz pierwszy i pojęcia nie miałam, czego mam się po niej spodziewać. A co dostałam? Dostałam pogruchotane schematy. Na drobny mak pogruchotane. Bo nagle widmo nie straszy, a lęka się duchów, słodki, puchaty królik czyha na życie Bogu ducha winnego Konrada, anioł stróż jest uroczym blondaskiem, który co miesiąc depiluje sobie skrzydła, bo ma alergie na pierze, a demon z samego dna piekła jest niczym Michałowa z Rancza… a nawet bardziej. Nie wiem, czy szybko uda mi się znaleźć coś równie oryginalnego. W zasadzie… szczerze w to wątpię ;).

ALLELUJA, APSIK!
Jako tradycyjny anioł stróż Licho nie miało na wyposażeniu żadnych mieczy ognistych ani tym podobnych, robiących odpowiednie wrażenie akcesoriów, mogło co najwyżej kopnąć z bamboszka. Trochę się bało, w końcu było malutkie i nigdy nie widziało prawdziwego, żywego włamywacza – martwego zresztą też nie – jednak poczucie obowiązku i odpowiedzialności za dom oraz domowników budziło w nim ducha bojowego. Owszem, budziło powoli, niemniej bardzo skutecznie.
Przede wszystkim Licho postanowiło uzbroić się po zęby.
Spośród przedmiotów zgromadzonych w wieżyczce jako te najbardziej zabójcze wybrało żółte, gumowe rękawice, sięgające mu niemal po pachy, spray na mszyce oraz mopa. Od razu poczuło się większe i groźniejsze. Prawdziwy mały morderca.

Licho pokochałam od pierwszego przeczytania. Inaczej się nie dało. To jest stworzenie tak słodkie, tak niewinne i momentami naiwne, że aż człowiek ma je ochotę wyściskać, wycałować i generalnie, jak to mówi moja babcia „ukochać” <3. A co najfajniejsze – Licho nie jest ani chłopcem, ani dziewczynką, bo jest… no aniołem stróżem. I przez to wszystkie czasowniki opisujące to, co robi Licho są odmienione w trzeciej (a w dialogach kiedy anioł mówi sam o sobie – pierwszej) osobie liczby pojedynczej ale nie jako on czy ona… ale ono, czyli „poszłom”, „zrobiłom”, „zaśpiewałoś”, „kupiłoś”, „powiedziałoś”… sama nie wiem, jakieś to takie inne, fajne. A jeszcze jak się doda do tego wtrącane co jakiś czas „alleluja” (coś jak u żuli kobiety lekkich obyczajów zamiast spacji i przecinków – Licho zastępuje ladacznice allelujami)… fenomenalnie wykreowana postać, zapewniam was! Dobre chęci Licha nie raz i nie dwa zaowocowały sytuacjami komicznymi. Ale o tym przekonajcie się sami, co ja wam będę opowiadać? Pffi!

ZRÓBMY SOBIE DZIADY!
- (…) Szczęsny coś bierze.
- Nie, on tak sam z siebie. To całkowicie naturalny obłęd.
- Nie, ja nie pytam czy Szczęsny coś bierze, ja stwierdzam, że Szczęsny coś bierze.
Konrad zetknął przez ramię na panicza, który stał przy otwartej szafeczce w rogu ze stosem rozmaitych blistrów w dłoniach i pochłaniał zachłannie jakiś lek, pigułka po pigułce. Chyba musujące wapno, sądząc po pianie powoli wypływającej mu kącikami ust. Konrad machnął lekceważąco ręką.
- A, nie zwracaj na niego uwagi, znowu dobrał się do witamin. Ostatnio tak ma. Naczytał się gdzieś, że prawdziwie przeklęci poeci i rockandrollowcy biorą prochy garściami. W zeszłym tygodniu pochłonął cały rapacholin, bo spodobało mu się, że tabletki są posępnie czarne.

Szczęsny, miłości moja <3 Uwielbiam go. I wy też byście go pokochali, mówię wam. Z początku wydawał mi się beznadziejny. Jak na widmo poety przystało cały czas gadał wierszem, wszystko psuł i generalnie… no był takim piątym kołem u wozu. Ale z czasem się rozkręcił i pod koniec książki miałam ogromny smutek z jego powodu :’(. Każdy jego dialog, każdy pomysł, każdy wydziergany sweterek i sklecony wiersz wywoływały tak u mnie, jak i u mojego taty wybuchy śmiechu. Łajza z tego Szczęsnego jakich mało, ale… Mówcie sobie co chcecie, ja jestem dziwna i zawsze mi się podobały Dziady i Pan Tadeusz i  cała reszta tworów Mickiewicza w szkole. Generalnie poroniony okres romantyzmu jakoś do mnie trafia i chyba stąd po części moja sympatia do Szczęsnego – nieumarłego przedstawiciela epoki romantyzmu w XXI wieku.

NAMIASTKA NORMALNOŚCI, OGROM HUMORU I … KRÓLIK
Tymczasem anioł i panicz rozpływali się z zachwytu nad królikiem. (…)
- Musimy go jakoś nazwać – zarządziło. – Może Pimpuś?
- Litawor?
- Duduś?
- Almanzor? – nie wiedzieć czemu Szczęsny bardzo chciał przeforsować własną propozycję i zostać ojcem chrzestnym zwierzaka.
- Gucio?
- Urodzony Jan Dęboróg?
Anioł zmarszczył czoło w skupieniu.
- Nawet ładnie, ale jak będziemy do niego wołać, alleluja? „Urodzony Janie Dęborogu, przestań żreć te skarpetki”?
- Chyba wystarczy „Jaśku”, choć to już żadna frajda.
- Rudolf Valentino? – ni stąd, ni zowąd zaproponował Konrad. (…)
- Rudolf Valentino, Rudolf Valentino… Ładnie! Podoba mi się, alleluja. Pasuje.
- Pewnie, że pasuje. (…) W końcu to był największy kochanek świata. (…)
- A co to ma wspólnego z króliczkiem?
- No jak to? Przecież wszyscy wiedzą, że króliczki myślą tylko o jednym.
- Tak? A o czym? – zapytali równocześnie Licho i Szczęsny.
Wobec ogromu bijącego od nich zaciekawienia i niewinności, której całkowicie obca była myśl, że pszczółka w kwiatku może robić coś więcej niż „bzzz”, Konrad pozostawało jedynie skapitulować.
- O marchewce – odparł szybko i jeszcze szybciej zmienił temat.

Nie wiem o czym powiedzieć najpierw – o dialogach, o Konradzie, czy o króliku… Polećmy więc alfabetycznie xD
Dialogi. Dialogi w tej książce to jeden wielki sztos. Serio. Każdy jeden nacechowany humorem, każdy jeden ciekawy i warty zacytowania. Tu nie ma zbędnych słów, nie ma gadania o niczym, żeby tylko zapisać stronę. Kiedy czytałam, oko samo jakoś tak śmigało do przodu, żeby zerknąć kto tym razem zabłyśnie.
I tu wkracza nasz główny bohater – Konrad. Konrad to postać dopięta na ostatni guzik – kolejna, której nie da się nie polubić. Pisarz pragnący jedynie świętego spokoju, zupełnie nieprzygotowany na Lichotkę wraz z dożywotnikami i resztą inwentarzu. Musze mu przyznać, ze chłop miał nerwy, ja na jego miejscu chyba bym wykitowała. Chociaż ilekroć na scenę wkraczał Szczęsny albo królik byłam pewna, że Konrada jednak szlag trafi xD Właściwie… kurcze nie. Sami musicie go poznać. Te jego normalność, która nie daje się pokonać dożywotnikom. To chyba jest to, co jest w nim najfajniejsze – że on tę bandę stworzeń, które na logikę istnieć prawa nie mają… traktuje jak coś normalnego.
A co z królikiem? Królik jest taką intensywnie różową i puchatą wisienką na torcie <3

KACOLIN NA ZŁAMANE SERCE
- W naszym domu nie ma miłości – Licho bardzo stanowczo weszło mu w słowo – odkąd ostatnim razem skończyło się na postrzale, alleluja, i ranach rozszarpanych.

Ano właśnie, bo to istotne dosyć. Dożywocie praktycznie nie posiada wątku romantycznego! Co prawda Konrad jest świeżo po zerwaniu, ale o byłej wspomina naprawdę sporadycznie. Jest jeszcze Szczęsny (który na moje oko uciekł z mickiewiczowych Dziadów) i jego romantyczna dusza, romantyczne wiersze i romantyczne badylki, romantycznie wręczane nieromantycznej dziewczynie z sąsiedztwa… ale ciężko nazwać to wątkiem romantycznym… skłaniałabym się raczej ku komicznemu. Żadnych serduszek więc tutaj nie znajdziecie. Dla mnie było to miłą odmianą i okazją na wzięcie oddechu po ogrooooomie czułościów i miłościów, które poszarpały moje biedne, skołatane serduszko podczas czytania Dworu mgieł i furii. Potrzebowałam książkowego kacolinu i Dożywocie okazało się strzałem w dziesiątkę <3.

2+2=?
Reasumując: Dożywocie to powieść, w której każdy znajdzie coś dla siebie. Nie ważne, czy ma się lat dwanaście, dwadzieścia czy pięćdziesiąt. Marta Kisiel czaruje czytelnika niesamowicie oryginalną i lekką historią, oplata słowami, które niby znamy… a jakoś zapominamy ich używać, zastępujemy prostszymi, bezpłciowymi. Humor atakuje nas z każdej strony, poprawia nastrój i leczy ze smutków wszelakich. Czy polecam? Oczywiście! Słowo daję – nie pożałujecie <3

No i jak? Dotrwaliście do końca? Skusicie się na przygodę z Dożywotnikami? Piszcie koniecznie!
 Tak na marginesie – równowaga we wszechświecie być musi, wiec w następnej recenzji nie pojawi się ani jeden cytat… ale czemu tak będzie… o tym za kilka dni ;).

Buziaki ;*
Q.








PS. Widzicie typka po lewej? Ów typek ma koło domu las, który sobie umyśliłam jako tło do zdjęć. I w zasadzie miałam te zdjęcia wczoraj machnąć ale tak niemiłosiernie lało, że nijak nie było mowy o nawet najkrótszej sesji :'( Typuś po lewej, bliżej znany jako mój luby skakał dziś z samego rana po lesie niczym sarna i zdjęcia mi cykał <3 Zdolniacha, co nie? :D










Za świetną książkę dziękuję wydawnictwu Uroboros ;)


14 komentarzy:

  1. Podpisuję się pod tą recenzją obiema rękami i nawet nogą :D uwielbiam książki Marty Kisiel, Licho kocham miłością wieczną i najprawdziwszą, a królik jest przerażający :D mogę zdradzić, że "Siła niższa" jako druga część "Dożywocia" trzyma równie wysoki poziom humoru i języka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem w połowie drugiego tomu właśnie <3 Masz rację, autorka trzyma poziom :)

      Usuń
  2. To pierwsze zdjęcie jest mega :D :D
    A u mnie Nomen omen dalej nietknięty leży XD

    Pozdrawiam
    toreador-nottoread.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Ta okładka jest taka śmieszna i ładna :)
    Zachęciłaś mnie tą książka, humor (o to coś dla mnie!, uwielbiam takie książki <3

    OdpowiedzUsuń
  4. W zasadzie raczej nie sięgam po tego typu książki, jednak "Dożywocie" zbiera tyle dobrych opinii, że chyba dam się namówić. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ohhh przypomina mi odrobinę o "Dobrym omenie" Gaimana i Pratchetta. Język i nastrój mogą być prawdziwą ucztą czytelniczą. Ja tam się skuszę :)
    A Luby zdolniacha i szacun,że potrafi sarnio skakać :) Mój mi czasami wyszukuje zdjęć tematycznych i grafiki robi :D

    OdpowiedzUsuń
  6. JA TO PRZECZYTAM! To na pewno mi się spodoba ja to po prostu wiem xD Tak wgl to super zdjęcia xD Ta okładka mnie rozwala, ale nwm czm xD A chyba nie muszę powtarzać, że twoje recenzje są genialne, bo o tym już raczej wiesz. Chyba muszę częściej zaglądać na tego bloga, bo widzę, że sporo ciekawych postów jest :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Okładka od zawsze mi się podoba, ale jakoś treść chyba niekoniecznie dla mnie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cholera, czy tylko mnie ona zniechęcała? xD A teraz uważam, że jest świetna ^^

      Usuń
  8. Swego czasu było dosyć głośno o tej książce, a i sama autorka jest tak pozytywnym człowiekiem (wnioskując po jej profilu na fb), że chętnie kiedyś nadrobię jej twórczość. Mam nadzieję, że i ja spędzę dobrze czas z Dożywociem. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dam sobie dowolną kończynę uciąć, że tak będzie! ;)

      Usuń
  9. Na pewno w najbliższym czasie przeczytam coś Marty Kisiel i będzie to właśnie "Dożywocie", bo znalazłam je w Empiku (tak, w Empiku!) na promocji -50%. Polskich autorów warto poznawać, a w tym przypadku nastawiam się na dużą dawkę śmiechu. Już same imiona postaci mówią same za siebie :D No i cieszę się, że autorka nie używa wulgaryzmów, w końcu nasz język nie tylko z nich się składa!

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie czytam za dużo polskich autorów, ale chyba wreszcie nadszedł czas to zmienić. Koniecznie muszę sięgnąć po "Dożywocie", bo zapowiada się niezapomniana, pełna humoru lektura. Oby jak najszybciej udało mi się zdobyć tę książkę, bo już nie mogę się jej doczekać :)

    OdpowiedzUsuń

Drogi Gościu!
Jeśli już tu trafiłeś, to zostaw po sobie ślad ;)
Proszę, najpierw przeczytaj, później skomentuj. Zależy mi na twojej SZCZEREJ opinii. ;)
Zaglądam do każdego, kto pozostawi po sobie trop w postaci komentarza, lub obserwacji ;)