Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sierpień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sierpień. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 września 2017

PODSUMOWANIE LATA 2017 ;)

Czołem Fistaszki!
Jak ten czas szybko leci! Dopiero co pisałam takie podsumowanie wiosny, a tu już lato się skończyło i trzeba skrobać kolejny post ;).  Muszę przyznać, ze to lato było pieruuuuuuńsko aktywne, pełne dobrych wiadomości i … i pełne książek. Może więc od nich zacznę?

środa, 31 sierpnia 2016

Sierpniowe cyferki, czyli podsumowanie miesiąca ;)

Hej Szczypiorki!

O luju, jak ten czas szybko leci! Zdajecie sobie sprawę, że mija już drugi miesiąc  istnienia Drzwi do innego wymiaru? Znaczy się za sześć dni minie, ale shhhh! I tym sposobem pora na kolejny podsumowujący post, pełen książek i cyferek… ale przede wszystkim wdzięczności. 

Może zacznę od tej ostatniej. Kochani dziś chciałabym podziękować paru szczególnym duszyczkom. Zacznę od Kasi, Amerui i Sempry (Zawsze?), które w tym miesiącu współtworzyły ze mną cykl postów Co 4 głowy, to nie jedna. Dziewczyny dziękuję Wam za chęć do współpracy i poświęcony czas. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś stworzymy coś wspólnie ;). Kolejnym zbiorem cudownych duszyczek jest Książkoholikowa rodzinka! Mordki pozdrawiam Was z całego serducha (zakładam, że to czytacie xD), dziękuję za każdą radę i za te czasami postrzelone rozmowy. A, no i obiecuję nadal zasypywać Was GIFami i innymi patologiami z Internetów :D. I na koniec chciałabym posłać causa Marcinowi, który wykazuje nadludzką cierpliwość, słucha mojego paplania o książkach, naprawia mi laptopa, i regularnie ratuje cztery litery :D.  A! No i oczywiście chcę podziękować Wam wszystkim, którzy tu zaglądacie, czytacie, komentujecie, lub też nie komentujecie. Dziękuję Wam że jesteście i tworzycie wraz ze mną to miejsce!

Pora na zabawę w chwalipiętę ;P. Mój sierpień okazał się cholernie udanym miesiącem. Troszke niespodziewanie, bo byłam przekonana, że Drzwi są zbyt młodziutkie, udało mi się nawiązać aż trzy współprace –z księgarnią internetową Pan Tomasz, oraz wydawnictwami: Zielona Sowa i SQN. Gdybyście widzieli moją minę, gdy obok „odebrane” wyświetliła się ta magiczna „1”, która okazała się akceptacją propozycji współpracy <3. Ale zanim to się podziało na blogu doszło do nie tak znowu małego przemeblowania z pomocą Davon. Mam nadzieję, że podoba wam się tutaj, a jeśli macie jakieś uwagi – koniecznie dajcie mi znać w komentarzu! Chcę, żeby to miejsce rozwijało się i stawało coraz lepsze, a bez waszych spostrzeżeń jest to niewykonalne ;).

 Co jeszcze… ach tak, cyferki!

                                     BYŁO                  JEST               PRZYBYŁO
WYŚWIETLENIA:       4 546                 14 170             9 624
POSTY:                          28                     48                    20 
KOMENTARZE:           431                   1033                602
OBSERWATORZY:       35                     98                    63

Ja w to nie wierzę. Nie mam pojęcia jak to się dzieje, jakim sposobem Drzwi tak szybko się rozkręcają… ale chyba wymienię je na obrotowe, bo robicie mi niesamowity przeciąg Kochani! <3 

Co do książek, to przybyło mi ich siedem ;). Literki tanie nie są, więc pokażę wam je na zdjęciu, zdjęcia są tańsze:



Wszystkie są śliczne, ale na piedestał chciałabym wynieść tę trójkę:

Mój absolutny okładkowy numer jeden! Bez kitu, to chyba najładniejsza okładka tego roku! <3 SQN się spisał na medal!

Nawet gdyby Wyśnione miejsca były oprawione w kawał tektury, to trafiłyby na szczególną półeczkę w moim sercu, a z taką okładką... Miód, malina i orzeszki!
Gdybyście zobaczyli Malfetto na żywo... w niej coś jest, nie potrafię Wam tego wyjaśnić, ale... czuć ten Mrok <3



Opinie o trzech z nich już znacie, a już jutro planuję przedstawić wam cudownego Clovisa. Pozostałe będą pojawiały się z czasem ;).

No cóż, na dziś to wszystko, co mam Wam do przekazania ;). Raz jeszcze z całego serducha dziękuję wam za obecność, i proszę o rady co do zmian, jakie mogłabym tu wprowadzać :P 

Udanego września!
Q.

sobota, 27 sierpnia 2016

Kiedy jawa przychodzi we śnie


Hej ho Słoniki! 

Matkoboskoczęstochowsko to będzie trudne. To będzie trudny tekst, czuję to w zasadzie od kiedy weszłam jedna nogą w świat z książki. Jakiej? Moi Drodzy, zapraszam na moją recenzję Wyśnionych miejsc Breyy Yovanoff.

Zamówiłam je przedpremierowo, wyczekałam się jak głupia, i w końcu do mnie trafiły. Tyle że kiedy czekałam, w Sieci pojawił się ogrom przedpremierowych recenzji, które Wyśnione miejsca krytykowały w mniejszym, lub większym stopniu. Nie powiem, miałam obawy, że książka okaże się beznadziejna. I wiecie co? Nie mam zielonego pojęcia jaką książkę czytali krytykujący ją, ale moja… moja była obłędna, co zamierzam za chwilkę wszem i wobec udowodnić…. Ale najpierw wyjaśnię wam kto z kim i dlaczego ;).


Waverly jest idealna. Wzorowe stopnie, idealna fryzura, nienaganny strój, perfekcyjni znajomi. Wypisz, wymaluj dziewczyna doskonała. Ideał. Jednak nie do końca. Waverly nie śpi. Zamiast spać biega, uczy się, ogląda filmy… aż pewnego dnia postanawia uporać się z tym, stosując techniki relaksacyjne. Wiecie, liczenie owieczek, słuchanie szumu fal, i takie tam. Ku jej ogromnego zdziwieniu we śnie przenosi się do światu chłopaka, z którym chodzi na hiszpański. Marshall ma opinię buntownika, o stopniach godnych pożałowania, palacza i ćpuna. Nikt nie wie jednak czemu taki jest. Dopiero Waverly odkrywa jego tajemnice zjawiając się u niego co noc, rozmawiając z nim, poznając go. On również poznaje Waverly, tę prawdziwą, ukrytą przed światłem dziennym. Co wyniknie z ich wyśnionych spotkań? Czy gdy wzejdzie słońce nadal będą w stanie być ze sobą szczerzy? Jak potoczy się historia dziewczyny idealnej i chłopaka, którego stać na więcej? Przeczytajcie, a się dowiecie!

Może zacznę od tych całych snów, od pomysłu na tę historie. Przyznam szczerze, że spodziewałam się czegoś innego. Myślałam, że w książce nocne spotkania będą dominować, że dostanę historię pełną serduszek z, bądź co bądź, paranormalnym wątkiem. A tu zaskoczenie. Spotkań we śnie było zaledwie kilka, a bohaterowie przez większą część książki nie mieli ze sobą kontaktu. I normalnie bym była oburzona, bo przecież miała być magia, miały być spacery w snach… a tu klops. Ale wiecie… wcale mi to nie przeszkadzało. Książkę pożarłam. Zwykle w czasie czytania zapisuje swoje myśli, spostrzeżenia i uwagi na karteczce, żeby niczego nie pominąć w recenzji. Po lekturze Wyśnionych miejsc karteczka jest czysta Nie dlatego, że nie miałam żadnych przemyśleń czy uwag. Po prostu nie miałam czasu na zapisywanie ich, nie chciałam wychodzić nawet na sekundę z tamtego świata. 


Wyśnione miejsca skupiają się na hierarchii szkolnej, na kreowaniu swojego wizerunku, walce o pozycję w szkole. Tak, wiem, że brzmi to jak scenariusz filmu z młodą Seleną Gomez, ale nie dajcie się zmylić. Pierwszy raz taka historia mi się podobała, pierwszy raz nie drażniła, nie była jakaś skrajnie przerysowana. Chociaż podejrzewam, że nie każdy ją tak odbierze. Ja traktowałam ją bardzo osobiście, bo… kurczę, czytając czułam się, jakby ktoś opisywał nieco urozmaiconą historię mojego życia. Może nie wszystko się zgadzało, może było kilka niezgodności, ale chyba jeszcze nigdy nie czułam takiej więzi z jakąkolwiek bohaterką książki. Rozumiałam Waverly, bo znam takiego Marshalla, miałam za przyjaciółkę swoją własną Maribeth, znalazłam też moją Autumn… ale Wy nie wiecie, o kim ja mówię, więc przejdźmy do krótkiego opisu bohaterów Wyśnionych miejsc!

O Waverly co-nieco już wiecie. Dziewczyna jest bystra, ambitna, piekielnie inteligentna, i niesamowicie introwertyczna. Rozdziały przedstawiane z jej perspektywy są przesycone naukowymi ciekawostkami, dziwnym poczuciem humoru, sarkazmem, oraz myślami, które Waverly zachowuje dla siebie, komentarzami, których nie wygłasza. Polubiłam ją, nie denerwowała mnie… była jakaś taka autentyczna. Identyfikowałam się z nią, rozumiałam tę postać, i tylko czasami chciałam ją ochrzanić, ze jeszcze czegoś nie zrobiła… Ale jak się tak dłużej zastanowiłam, to dochodziłam do wniosku, ze sama też bym z pewnym decyzjami zwlekała, dokładnie jak Waverly.



Marshall był cudowny, miał dobre serce, był… Był mi bliski, znajomy. Troszkę było go mało, w książce dominował wątek Waverly, ale trudno. Chłopak miał przekichane, ale nie chciałabym mówić wam czemu. Nie wiem, czy byłby to poważny spoiler, może nie, jednak chyba wolicie sami rozgryźć tę postać ;).  W każdym razie chłopak, którego Marshall skrywa pod osłoną alkoholu, narkotyków i mituwisizmu jest cudowny. Każda dziewczyna chciałaby takiego Marshalla, gwarantuje wam. Ale tu nie ma jakiegoś przerysowania, czy sztuczności. To jest wszystko prawdziwe, i to właśnie jest niesamowite. 

Muszę wspomnieć o pozostałych bohaterach, bo Yovanoff odwaliła kawał dobrej roboty kreując postacie drugoplanowe. Serio, rzadko trafiają się książki, w których postacie poboczne są tak dopracowane, tak starannie stworzone. 
Mamy tutaj Maribeth, najlepszą przyjaciółkę Waverly, której celem jest stanie się królową szkoły. Dąży do celu po trupach i nie ogląda się wstecz. Jest wyrachowana, bezlitosna, aż ciśnie mi się na usta słowo na S. Waverly znaczy dla niej tyle, co nic. Jest jej przydatna, bo umie planować, bo jest inteligentna i potrafi zauważyć pewne rzeczy. 
Mamy też Ollie’go, najlepszego przyjaciela Marshalla. Pierwsze określenie, jakie przyszło mi do głowy, gdy poznawałam tę postać, to anioł stróż. Ollie troszczył się o wszystko i wszystkich, zawsze znajdywał czas na pomoc innym, martwił się o Marshalla, i nie zostawiał go w potrzebie. Ze świecą szukać takiego przyjaciela! 
Ale moje serducho zdobyła Autumn. Ta dziewczyna przewijała się przez książkę sypiąc inteligentnym humorem, szczerymi do bólu komentarzami i swoim charakterkiem. Była cudowna, i bardzo mi kogoś przypominała. 
Generalnie Yovanoff za każdą jedną postać z Wyśnionych miejsc należy się medal. A może nawet pomnik..?


Cała książka jest napisana obłędnie lekko, przyjemnie i z humorem. Czyta się ją z uśmiechem na twarzy. Ilość zaznaczonych cytatów mnie przeraziła (zaraz będę musiała z prawie 30 wybrać 4 albo pięć, które tu zamieszczę -,-). Te wszystkie naukowe słówka nie przytłaczają, a ciekawią. Mnie ciekawiły. 

Wyśnione miejsca lądują na honorowym miejscu w moim sercu i biblioteczce. Mam przeczucie graniczące z pewnością, że nie raz wrócę do historii Waverly i Marshalla. Gorąco polecam wam tę książkę! Jest cudowna, zabawna, inteligentna, skłania do przemyśleń i zapada w pamięci… ale sprawdźcie sami! 

I jak? Czytaliście już Wyśnione miejsca? Może dopiero macie je w planach, albo pasujecie, uważacie, ze to nie dla was? Czekam na Was w komentarzach!

Buziaki ;*
Q.

środa, 24 sierpnia 2016

O bohaterce spowitej Mrokiem


Cześć Wróbelki!

Sama się sobie dziwię, że dziś znów mam dla Was recenzję :D. Wyczuwam, że następny post będzie jakąś odskocznią od moich opinii (co powiecie na zielonooką historię?), ale dziś  ponownie czeka Was moje mędzenie o plusach i minusach książki, po której spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Panie i Panowie, zapraszam na recenzję książki pt. Malfetto. Mroczna pieczęć autorstwa Marie Lu.

Miałam smaka na te powieść już od dawna, ale jakoś było nam nie po drodze. Nie potrafię tego wyjaśnić. Ale gdy Zielona Sowa odpowiedziała pozytywnie na moją propozycję współpracy nie wahałam się z wyborem. W końcu to książka Marie Lu, która nabiła sobie u mnie całkiem sporo punktów fajności swoją trylogią o Day’u i June <3.  Czy podjęłam dobrą decyzję? Co odkryłam, czytając kolejne strony Malfetto? Czytajcie dalej, a się dowiecie ;).


Wypadałoby najpierw opowiedzieć wam o czym mówi książka Marie Lu. Akcja toczy się w Kenettrze, jednej z Morskich Krain. Wiele lat temu tajemnicza zaraza zdziesiątkowała mieszkańców Kennetry, a tych, którzy przeżyli chorobę naznaczyła bliznami i znamionami. Zakażeni, którzy przetrwali zostali nazwani malfetto. Zepchnięto ich na margines społeczeństwa, odebrano wiele praw, skazano na życie w strachu przed Inkwizytorami. Niektórzy oprócz blizn otrzymali jednak cos jeszcze: niesamowite moce, określane przez „zwykłych” ludzi jako Mroczne Piętno. Jedna z ocalałych jest Adelina Amouteru – kupiecka córka i główna bohaterka książki. Dziewczyna jest święcie przekonana, że nie posiada Mrocznego Piętna. Myśli, że jedynym śladem po zarazie jaki jej pozostał, są  srebrzyste włosy i pusty oczodół… jednak w wyniku szokujących wydarzeń odkrywa, że posiada niezwykłą moc. Adelina ma w sobie Mrok. Czy uda jej się go okiełznać? Jak wykorzysta swoje moce? Czy z jej pomocą malfetto odzyskają przysługujące im prawa? Już mnie chyba znacie – buzia na kłodkę. Czytajcie, a się dowiecie!

Z góry Was uprzedzam, to będzie dziwna recenzja. Mam cholernie mieszane uczucia.

Może zacznę od samego pomysłu. Marie Lu spisała się. Książkę pochłaniałam, tam naprawdę nie ma ani pół strony nudy. Akcja jest wciągająca, ciekawi, człowiek zapomina co się dzieje dookoła. Ostatnie rozdziały zupełnie mnie zaskoczyły, wkurzyły, spodobały mi się, i byłam na nie wściekła…. Nie mogę wyjaśnić czemu, to byłby spoiler wszechczasów, ale zdradzę wam jedno – spodziewajcie się najbardziej niespodziewanego. Epilog, a dokładniej jego ostatnie akapity sprawił, że nie mogę doczekać się przeczytania kolejnego tomu. 

Ale jest w tym wszystkim haczyk. Marie Lu troszkę namieszała… ba! Mocno namieszała z narracją, przez co o ile historia niezwykle wciąga, to skakanie z czasu teraźniejszego, do przeszłego, i z powrotem wybija człowieka z rytmu. Już tłumaczę, bo po tym zdaniu pewnie figę zrozumieliście. Widzicie, całą historia jest opowiadana głownie z perspektywy Adeliny, i te rozdziały są pisane w narracji pierwszoosobowej, w czasie teraźniejszym. Jednak kilka rozdziałów widzimy oczami innych bohaterów, i tu narracja nie jest już pierwszoosobowa, lecz trzecio osobowa. Ponadto w rozdziałach często pojawiają się retrospekcje, które pisane są w czasie przeszłym, lecz niektóre fragmenty wspomnień niespodziewanie znów są opisywane w czasie teraźniejszym. Taki lekki misz-masz, który potrafi zirytować. Mnie irytował, jednak nie na tyle, abym odłożyła Malfetto. Co to, to nie!


Jeśli chodzi o bohaterów, to tu też mam mętlik w głowie. Adelina mnie zachwyciła, dawno nie czytałam o tak ciekawej postaci. Nareszcie bohaterka nie jest idealna, nareszcie nie jest dobrą duszyczką o gołębim serduszku, nareszcie nie jest typową ślicznotką. Główna bohaterka Melfetto w wyniku zarazy straciła oko, a także barwę włosów, które dotychczas były kruczoczarne, a teraz  lśnią srebrzyście, są niemalże białe. Jej historia jestpełna cierni i kamieni, dziewczyna miała chore dzieciństwo, co wpłynęło na całe jej życie. Moc, którą posiada dziewczyna jest tak fascynująca, ze mogłabym czytać o niej bez końca. Nie zdradzę Wam o co chodzi, bo to by było brzydkie posuniecie z mojej strony, ale to naprawdę jest coś ekstra, coś, z czym jeszcze się nie spotkałam w książkach. Sama Adelina nie jest nudna i, co mnie mile zaskoczyło, nie jest taka znowu do końca dobra. Ona jest wyjątkowa. Wyróżnia się na tle tych wszystkich ratujących świat bohaterek. Autorce należą się gromkie brawa, za wykreowanie tak ciekawej postaci…. I opiernicz, za zaniedbanie pozostałych bohaterów! W książce pojawia się kilkoro osób obdarzonych Mrocznym Piętnem, ale Marie Lu traktuje je po macoszemu. Są, bo są, nie wiemy o nich zbyt wiele. Mam nadzieję, że w następnych częściach się to zmieni. 

Powyższy minus nie dotyczy jednak trzech mniej lub bardziej cudownych mężczyzn występujących w powieści. Nie kochani, nie obawiajcie się. Nie ma tu żadnych miłosnych trójkątów, czy czworokątów (a właśnie tego się spodziewałam po opisie i informacjach z okładki). Nie będę się rozwodzić nad każdym z osobna, bo brakłoby mi literek. Jednego z nich polubiłam od pierwszych stron z jego udziałem. Drugi musiał zasłużyć sobie na moją sympatię, ale gdy już mu się to udało, to razem z sympatią zgarną serducho Q, a trzeci… Cholera, trzeci nadal jest dla mnie zagadką, i mam przeczcie, że Marie Lu w kolejnym tomie pokaże, na co ją stać, i zaskoczy mnie dalszymi losami tej postaci. 

Co jeszcze… Oh, tak! Mam kolejny plusik. Wiecie, na ogół jak w książce ktoś przeciwstawia się władzy, to  działa potajemnie, wiedzą o tym tylko wybrańcy, i tylko oni biorą w tym udział. Tu tego nie ma. W Malfetto spiskowcami są nie tylko bohaterowie obdarzeni Mrocznym Piętnem, ale też zwykli ludzie, którzy im pomagają i ich wspierają.  To było ciekawe, oryginalne. W końcu szarzy obywatele książkowego świata też mają coś do powiedzenia, prawda?

Malfetto nie jest zdominowana przez miłość. Wątek romantyczny jest niemalże niewyczuwalny, pojawia się rzadko, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Te kilka scen z serduszkami zupełnie wystarczyły mi, abym pokochała wybranka Adeliny, ale o dziwo nie to najbardziej przyciągało moją uwagę. 


Pierwszy raz od bardzo dawna wolałam skupić się na wątku nieromantycznym, jakim była przemiana Adeliny, poznawanie przez nią własnej mocy i nauka władania nad Mrokiem. To było coś… Kurcze, coś obłędnego! Pożerałam opisy jej ćwiczeń, a gdy wyruszyła wraz z pozostałymi na akcję, gdzie dała pełen popis swoich zdolności byłam pod ogromnym wrażeniem. Cholera, nie mogę wam tego wyjaśnić nie robiąc spoileru, ale… Marie Lu odwaliła kawał dobrej roboty! Ja ten Mrok widziałam, otaczał mnie i spowijał jak kokon, zaciskał się wokół mojej klatki piersiowej, przepływał między stronicami książki… Czułam to, co przeżywała Adelina, wchodziłam w jej skórę, i z zapartym tchem poznawałam coraz to nowsze, zaskakujące zdolności dziewczyny.

Kurczę, nie jestem pewna ile z tego da się zrozumieć. Wybaczcie, ale miałam problem z tą książką, bo niby miała minusy, ale plusy były jeszcze większe. Drażniła mnie i zachwycała jednocześnie. 

Podsumowując: Malfetto jest pełne sprzeczności, ale tak czy siak gorąco polecam wam tę książkę! Gwarantuje, ze nie będziecie się przy niej nudzić, odpoczniecie od schematów, miłostek i przeciętności… a jeśli jesteście idealistami, to i ciśnienie sobie podnieść możecie :D

Teraz czas na Was! Znacie historię Adeliny? Co o niej sądzicie? A może dopiero planujecie po nią sięgnąć, albo wcale nie macie na to ochoty? Czekam na Wasze opinie w komentarzach! 

Trzymajcie się ciepło!
Q.

Za książkę ślicznie dziękuję wydawnictwu Zielona sowa!


piątek, 12 sierpnia 2016

(Byćmoże) OSTATNI POST

Cześć Zajączki!

Możliwe, że jest to ostatni wpis na tym blogu. Kiedy to czytacie ja po raz pierwszy wsiadam do „elki”, i nie wiem, czy wyjdę z tego cało. Jak do tej pory udało mi się niemalże unicestwić śliwkę rosnącą na moim podwórku, altankę, a także kota sąsiada, tak więc… Trzymajcie kciuki, żebyśmy tak ja, jak i instruktor wyszli z tego w jednym kawałku T.T

Druga informacja dotyczy sytuacji, w której jakimś sposobem przetrwam dzisiejsze jazdy. Otóż od poniedziałku będzie mnie tu mniej, bo idę do szkoły :’(. Nie, nic mi się nie pomyliło, pamiętam, że dopiero połowa sierpnia, jednak końcem września lecę na trzytygodniowy staż do Hiszpanii, a ceną za takie figle jest dwutygodniowy kurs przygotowawczy w wakacje ;<. Tak więc jeśli dodamy do tego dwie godziny jazd, i czas na życie towarzyskie obawiam się, że nie dam rady zaglądać do Was tak często, jakbym tego chciała. Nie mniej jednak postaram się być na bieżąco z nowościami na Waszych blogach, a i u mnie nie powinno wiać nudą ;). Już mam plany na kilka postów, szykują się dwie recenzje, kolejny rozdział historii Liwii (Dziewczyny, chcecie poznać Zielonookiego? >:]), no a w niedzielę zapraszam Was na kolejny post pisany wspólnie z Amerują, Semprą i Kasią!

A dziś znów będzie lekko, bo będzie TAG. Konkretniej: Paranormal Book Tag, do którego nominowała mnie Tusia, z bloga Tusia książki i nie tylko. Pierwszy raz otrzymałam nominację do czegoś, co nie jest LBA, i jestem tym mile zaskoczona ^^ Gorąco zapraszam was do Tusi, bo jest tam co czytać! A teraz przejdźmy do Tagu, bom się rozgadała, a przecież wstęp powinien być króciutki ;)

1. Nefilim, czyli książka, w której bohater wykazał się szczególną odwagą.


Eoeoeoeoeeee... Może Dwór cierni i róż? Mam jakąś próżnie między uszami :<. Ale Freya dała świadectwo odwagi wyruszając na ratunek Tamlinowi, walcząc z tym robalem, no i w następnych zadaniach też pokazała, że nie jest aż taką nędzną człeczyną. Dawno nie lubiłam tak żeńskiej postaci w książce ;).

2. Wilkołak, czyli książka, w której bohater jest sprawny fizycznie.


No oczywiście Geralt  <3 Po tych wszystkich młynkach i wiatrakach z Kear Morhen Wiedźmin był nie do zdarcia, musicie to przyznać :P

3. Elf, czyli najmniejsza książka w twojej biblioteczce.


Mam problem z tym i następnym pytaniem,  bo moja biblioteczka ma to do siebie, że jest rozsiana po koleżankach, ciotkach, a ostatnio też babciach. Ale z tych, które mam w tym momencie w domu najmniejszy jest pierwszy tom Igrzysk śmierci. Mam do tych książek cholerny sentyment, bo były pierwszymi, które kupiłam za swoje pieniądze <3. moje Igrzyska były trzymane już przez tyle rąk, że napisane wypukłą czcionką nazwisko autorki zaczęło się przecierać ^^

4. Smok, czyli największa książka w twojej bibliotece.


Jestem leniwym rogalem, więc oceniam wzrokowo i z moich obserwacji wynika, że największą książką, którą posiadam jest Starcie królów Georga R.R. Martina. To chyba moja ulubiona część Pieśni Lodu i Ognia, jeśli chodzi o oprawę.  Aczkolwiek filmowe okładki mam tylko trzy, bo nie usiedziałam, i następne tomy kupiłam z normalnymi okładkami :<.


5. Wampir, czyli najładniejsza książka, którą posiadasz.


To jest okrutne pytanie. I będę złą blogerką, bo złamię reguły. Na mojej półeczce siedzi całe stado (gromada? Ławica? W czym u diabła poruszają się wampiry? :O) wampirów, a są to m.in.: Klejnot, Biała róża, Czerwona Królowa, Zdrada, Hobbit (ale w tej „skórzanej” oprawie <3)… Widzicie jaka wampirza armia? Bałam się wymienić jednego, bo reszta by mnie w nocy zagryzła!

6. Zombie, czyli najbrzydsza książka na twojej biblioteczce.


Oesuu… Chyba postawię na „normalne” okładki Pieśni lodu i ognia. O! I nie podobają mi się okładki Wiedźmia i Władcy Pierścieni, ale one właściwie są u mojego brata, bo Wiesiek jest jego, a Władca mi nie pasował :D

7. UFO, czyli książka, której akcja dzieje się na innej planecie.


O! Teraz czytam W otchłani, i akcja toczy się… cholera, no póki co to na statku kosmicznym, ale tam mają góry, i miasto, i pola, i wszystko, więc ja to odbieram jak obcą planetę. A poza tym lecą na Marsa… ej właśnie! Marsjanin (którego muszę w końcu przeczytać do diaska!) zdecydowanie toczy się na obcej planecie.
Musicie wybaczyć mi chaotyczność tego wpisu. Umieram ze strachu przed jutrem :<

8. Banshee, czyli książka z dwoma lub więcej wątkami (chodzi o perspektywy)


Może Legenda Marie Lu? Świetna trylogia, jeśli nie czytaliście jej, to gorąco wam ją polecam ;). W książce historia jest opowiadana na przemian Day’a i June. Co fajne, to rozdziały widziane oczami chłopaka są pisane inna czcionką, niż te, w których opowieść snuje dziewczyna. I w ogóle Lu świetnie rozegrała kwestię narracji, bo doskonale zmieniała sposób myślenia narratora – z tajnej agentki/złotego dziecka, na najsłynniejszego przestępcę w Republice. Chciałam zrobić wam zdjęcie wnętrza książki, ale najwidoczniej jeszcze do mnie nie wróciła :’(.

9. Kosiarz, czyli książka, której nie zamierzasz czytać po raz drugi.


O jejku… Od razu pomyślałam o Zaklinaczu. Ale ja go nawet nie skończyłam. To było tak cholernie nudne, jak jakieś średniowieczne pokemony. Autor wlókł historię z tempem kulawego żółwia, nie działo się nic, a dialogi były tak nienaturalne, że w pewnym momencie zaczęłam je pomijać. No nie dało się tego czytać. A miał być fenomen na miarę Tolkiena... Tsaaaa T.T

10. Voldemort, czyli ulubiona część Harry'ego Pottera.


Książę półkrwi, bez dwóch zdań! Tutaj mamy wgląd w historię młodego Voldemorta, jest profesor Slughorn, tutaj miałam łzy w oczach, bo zginął tak ważny bohater, jest Snape i jego podręcznik, jest Ron, który wytrąbił eliksir miłosny… tak, zdecydowanie najbardziej lubię ten tom. Nawet bardziej niż ostatni ;)

Uff, koniec. Dotarliście do tego momentu? Jeśli tak, to zasługujecie na ciacho ;). Mam nadzieję, że nie posnęliście w trakcie. A jeśli posnęliście, to że mieliście niezwykłe sny. Raz jeszcze dziękuję Tusi za nominację ;).

Ja tymczasem nominuję Olcie z Złodziejki zapisanych stron i Rille z Papierowej doliny ;) Dziewczyny mam nadzieję, że odpowiecie na moje wyzwanie!

Trzymajcie się ciepło (u mnie miota piorunami w tej chwili, a u was?),
Q.
PS. Wybaczcie ten natłok GIFów, ale szukanie ic dopasowywanie ich mnie zajmuje, i się mniej cykam xD

wtorek, 9 sierpnia 2016

W labiryncie podziemnych tuneli. Dokąd zabrano Liwię?

Starałam się wybrać coś, co nie zrobi Wam spoileru ;)
Hej Bombelki!

Dziś mam dla Was kolejny fragmencik historii Liwii ;). Jeśli nie czytałeś poprzednich, to zerknij do góry. Na pasku stron jest zakładka, w której znajdziesz wszystkie rozdziały. Kliknij „Q pisze”, a odnajdziesz resztę historii Liwii.

Właściwie miałam go jeszcze nie dodawać, ale kiedy w komentarzach pojawiły się pytania o niego, to uznałam, że pal licho czekanie, dodaję. Ale zanim zabiorę was do podziemnych tuneli, mam malutką prywatę.

Otóż chciałabym z całego serducha podziękować mojemu Lubemu, który w zeszłym tygodniu porwał mnie w pewne miejsce (jeszcze nie mogę zdradzić gdzie, bo to dopiero w następnym.. a może nanastępnym fragmencie :P) tylko po to, abym lepiej mogła wyobrazić sobie i opisać coś podobnego w tej historii. Marcin jesteś najlepszy!

Badano nas. Lekarze nie stwierdzili chorób psychicznych, ale być może pomylili fiolki, bo normalność nie jest naszą mocną stroną xD


Koniec prywaty. Mam nadzieję, że spodoba się wam moja bazgranina ;).


ROZDZIAŁ PIĄTY

Znów błądzili wśród skalnych tuneli, jednak tym razem były one suche, i gładkie, jakby ktoś wyrównał ich ściany. Żadnych stalaktytów, stalagmitów, czy innych skalnych wypukłości. Czasami tylko minęli jakiś niepokorny głaz wsparty o jedną z ścian, jednak pomijając nieliczne skały każdy tunel był identyczny. Cóż… właściwie błądziła jedynie Liwia – Serapion i Ingiel zdawali się doskonale znać drogę. 

- Daleko jeszcze? – spytała dziewczyna, próbując odwrócić się twarzą do Ingiela. Ten siedział sztywno w siodle. Liwia odniosła wrażenie, że strażnik z całych sił stara się nie mieć kontaktu fizycznego z Arsienką. Dziewczyna nie rozumiała tego, ale właściwie było jej to na rękę. Im mniej miała do czynienia z tymi dwoma, tym lepiej. 

- Już prawie jesteśmy Liwio – odparł krótko, i poprawił się w siodle.

„Jeśli odchyli się jeszcze trochę, to spadnie z tego cholernego konia.” – pomyślała Arsienka. Myśl ta niezwykle przypadła jej do gustu. Liwia uśmiechnęła się pod nosem, i minimalnie nachyliła do tyłu, zbliżając się do piersi Ingiela. Irytacja mężczyzny była niemal namacalna, jednak taktownie przemilczał zaczepkę Arsienki.

- Mówisz tak już od ponad godziny! – westchnęła. – Możecie mi chociaż powiecie dokąd jedziemy?

- Do piekielnych czeluści, owieczko – odparł Serapion, uprzedzając swojego towarzysza. Rudobrody miał za nic upomnienia Ingiela, i chyba postawił sobie jako punkt honoru doprowadzenie go do szału swoimi odzywkami. – Belzebub lubi takie piegowate brunetki. 

- Jaka szkoda, że nie gustuje w rudych grubasach… - mruknęła pod nosem Lwia. Zza jej pleców dobiegło ciche parsknięcie, które szybko zostało zdławione. „Niewiarygodne - Ingiel potrafi się śmiać!” – pomyślała zaskoczona.  

Kolejny zakręt, kolejny tunel, znów zakręt, i tak w kółko. Liwia przestała już próbować spamiętać sekwencję skrętów. Z resztą odniosła wrażenie, że mężczyźni zataczają kółka, bo dałaby sobie rękę uciąć, że już szli tym tunelem. „Cudownie. Po prostu świetnie. Teraz już na pewno nie trafię do tych cholernych drzwi” – pomyślała.

- Może zdradzisz nam skąd pochodzisz, owieczko? – spytał nagle Serp. Liwia zbyła go milczeniem, ale mężczyzna nie odpuścił. – Dziewczyno droga potrwa jeszcze dobrą chwilę, a Ingiel jest pieprzonym nudziarzem. Miejże serce, mam już dosyć tej ciszy. Chyba nie chcesz, żebym kopnął w kalendarz ze znudzenia? 

- Nie kuś Strażniku – dopiero po chwili dotarło do niej, że powiedziała to na głos.

Serapion niespodziewanie gruchnął śmiechem. Arsienka odwróciła się w siodle zdziwiona, przeklinając się w myślach za nietrzymanie języka za zębami. Gdy Serp się uspokoił, podjął kolejną próbę:

- No więc? Skąd cię do nas przywiało? Na litość Bogini, owieczko! Prędzej czy później i tak się tego dowiemy – paplał rudzielec. – Przysięgam na Ogień Piekielny, że nie najedziemy na twoją wioskę! – Serapion uniósł lewą rękę, a prawą położył na sercu, parodiując gest towarzyszący składaniu obietnicy. - To jak będzie? Powiesz? Nie powiesz? No powiedz! 

- Serp, na miłość Boginii, bo cię zaknebluje! – warknął zirytowany Ingiel dokładnie w tym samym momencie, kiedy Liwia odpowiedziała:

- Arsiene. Pochodzę z Arsiene – po czym zacisnęła usta. Miała dość obecności Serapiona.

- Ooo, Arsiene! Arsienki jeszcze nie mieliśmy… - rudobrody zamyślił się, drapiąc się po ognistej grzywie. - Przynajmniej za mego żywota – dodał. – A ty Ingiel słyszałeś o jakiejś Arsience w Barruan? 

Niespodziewanie Ingiel wyciągną dłoń, i zdzielił Serpa po głowie. To była jego odpowiedź.

- Ała! Psia mać, o co ci chodzi?! Tylko zapytałem! – jęknął urażony. Liwia zaczęła zastanawiać się, czy to nie Ingiela powinna bać się bardziej. – A żeby cię tak… - Serapion zmlął przekleństwo w ustach. – A więc jak tu trafiłaś Arsienko? Czyżbyś szukała skarbów na dnie strumienia?

Liwia westchnęła zrezygnowana. Wyglądało na to, że rudy Strażnik nie zamierzał dać jej spokoju, więc równie dobrze mogła odpowiedzieć na jego pytania od razu i oszczędzić sobie tej gadaniny.

- Haftowałam siedząc na studni, i robótka wypadła mi z rąk. – odparła rzeczowo.

- Zaraz, zaraz, czekaj – Serapion wstrzymał swojego konia, blokując przejazd Ingielowi i Liwii. Z niedowierzaniem spojrzał na dziewczynę. – Chcesz mi powiedzieć, że wlazłaś do studni, żeby wyjąć cholerną serwetkę?!

- Tak, dokładnie to chcę powiedzieć – odparła hardo.

- Wariatka. Bogini, wieziemy Virionowi wariatkę!  Ingiel, może my ją jednak zostawmy? – Serapion wyglądał, jakby naprawdę rozważał porzucenie dziewczyny. – Już raz przyprowadziłem do miasta szurniętą Psikijkę. Wolałbym tego nie powtarzać…

- Nie jestem wariatką, ty ośle! – warknęła Liwia. – Od tej serwety zależał los mojej ro… - Liwia urwała w pół słowa. 

Jej rodzina. „Bogini, jak mogłam być tak samolubna?” – pomyślała. Dopiero teraz dotarło do niej, że nie odnalazła serwety, a więc zamówienie dla Marvenowej było niekompletne. Nawet jeśli Rufin zaniesie pozostałe hafty klientce, to zapłata nie będzie tak wysoka. Cholera jasna! Miała nadzieję, że Gaudencja okaże się wyrozumiała. Liwia modliła się, by udało się kupić dla jej bliskich choć kilka tygodni wytchnienia za pieniądze zarobione na ślubnym zamówieniu. Do oczu Arsienki napłynęły łzy. Co pomyśli jej ojciec, gdy wieczorem nie zastanie córki w domu? Przecież nigdy nie znikała bez zapowiedzi. Zawsze zostawiała chociaż najkrótszy list, gdy wychodziła na spotkanie z Kwironem… K w i r o n. Bogini, co się z nim stanie? Przecież dopiero wczoraj siedzieli razem nad strumieniem, śmiali się i planowali ślub. Byli szczęśliwi… A następnego dnia jego przyszła żona znikła bez śladu. Jak on to sobie wytłumaczy? Co jeśli uzna, że Liwia uciekła od niego? Że go nie kochała? 

Liwia zaczęła się trząść. Konsekwencje podążenia za tajemniczym blaskiem dotarły do niej ze zdwojoną siłą. Jej rodzina straci źródło dochodu. Jej narzeczony zostanie sam, ze złamanym sercem. Jej ojciec i brat będą jej szukać, pewnie wydadzą ostatnie pieniądze na poszukiwania. A tymczasem ona utknie pod ziemią z tymi Strażnikami. 

Nie. Nie zostanie tu. Nie da się tak po prostu zniewolić. Odnajdzie te przeklęte drzwi, a potem drogę do studni, i to przed  pierwszymi dniami lata. „Nie ma mowy, że spóźnię się na własny ślub” – pomyślała, i skupiła się na powstrzymaniu łez.

- No i jesteśmy – głos Ingiela ją zaskoczył. Liwia otrząsnęła się z przykrych myśli, i skupiła rozmazany wzrok. 

Przed jej oczami stała ogromna, wytopiona z brązu brama, przy której stało dwóch Strażników. Mężczyźni skinęli głowami towarzyszom Liwii, i zaczęli otwierać wrota. Procesowi temu towarzyszył nieludzki zgrzyt metalu. Liwia zasłoniła uszy dłońmi, ale to nic nie dało, więc dodatkowo zacisnęła mocno powieki. Nie wiedziała jak to ostatnie miałoby pomóc, ale nie zaszkodziło spróbować.

Wynik eksperymentu: zamykanie oczu nie zmniejsza natężenia dźwięku. 

Zgrzytanie zamilkło, co zasygnalizowało dziewczynie, że wrota zostały otwarte. Otworzyła oczy, chcąc zobaczyć gdzie się znalazła… i zabrakło jej słów.

Spodziewała się absolutnie wszystkiego: jaskini zbójców, jakiejś podziemnej nory, pełnej brutalnych żołnierzy, kolejnej, ogromnej pieczary będącej bazą sekty, ale nawet przez myśl jej nie przeszło, że Barruan będzie… miasteczkiem. Najzwyklejszym na świecie miasteczkiem. Z brukowanymi ulicami, domami z małymi balkonikami i bielonymi oknami, psami przebiegającymi przez zacienione uliczki w pogoni za kotem… Nie, tego Liwia się nie spodziewała. 

Koń Ingiela ruszył przed siebie, mijając wrota, które natychmiast zaczęły się ponownie zamykać z okrutnym zgrzytem. „Mogliby naoliwić to ustrojstwo” – przemknęło przez myśl Arsience, jednak gdy spojrzała przed siebie, zupełnie zapomniała o starej bramie. Jej oczy nie wiedziały na co patrzeć. Była w szoku.

Znajdowali się na obrzeżach miasteczka. Otaczające ich domostwa były ubogie, ale solidne. Większość była drewniana, podobna do chatki, w której mieszkała Liwia. Stały ścieśnione jedna, obok drugiej. Mijając domostwa Liwia zauważyła przyglądające się im kobiety. Na ich twarzach malował się smutek i współczucie. Dopiero po chwili do Arsienki dotarło, że to drugie było skierowane do niej. Te kobiety z jakiegoś powodu jej współczuły… ale czemu? 

Liwia miała niejasne przeczucie, że już wkrótce pozna przyczynę.

Im bardziej zagłębiali się w miasto, tym domostwa stawały się solidniejsze, bogatsze. Balkony były przyozdobione kwiatami, a okna wykonano z wielobarwnych szkiełek. Domki były śliczne, Liwia wiele by dała, by móc zamieszkać w takim uroczym budynku razem z Kwironem. 

Myśl o narzeczonym przygnębiła dziewczynę. Arsienka zastanawiała się kiedy znów zobaczy Kwirona. Postanowiła udawać, że po prostu chłopak ma za dużo pracy w młynie. W końcu była jesień. Zimą wszystko się zmieni. Zimą się spotkają, a latem zostanie panią Errotaria. Już ona tego dopilnuje. 

- Ingiel, a może by tak ją troszkę odświeżyć, zanim zaprowadzimy ją  do Viriona? – Liwia przypomniała sobie o obecności Strażników. – No wiesz, ta ubłocona suknia nie prezentuje się najlepiej…

- Myślisz, że on się tym przejmie? – odparł blondyn. – Każda pierwszego dnia jest usmarowana czymś. Później ktoś zaprowadzi ją do Elastry, i po problemie. – dodał.

- Po problemie? Jakim? Kim jest Elastra? I Viriion? – zaczęła dopytywać się Liwia. Miała po dziurki w nosie tych tajemnic. – Dokąd mnie prowadzicie!? Do wszystkich diabłów chcę wiedzieć, co mnie czeka! – wrzasnęła na mężczyzn, sama dziwiąc  się swojej odwadze.

- Uspokój się owieczko, zaraz wszystkiego się dowiesz – zbył ją Serapion. – A prowadzimy cie ni mniej, ni więcej tam – uniósł dłoń i wskazał Liwi cel ich podróży.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

I co Wy na to? Podoba Wam się historia Liwii? Może macie jakieś "ale"? Jak myślicie, co się wydarzy dalej? Co wskazał Serapion?  Czekam na Was w komentarzach! 

Całusy ;*
Q.

PS. Ciekawi Cię co wskazał Liwii Serp? No to kliknij mnie, a zabiorę Cię do ROZDZIAŁU SZÓSTEGO!

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Co w trawie piszczy, czyli sierpniowe zapowiedzi



Hej poziomeczki!
Pewnie zauważyliście, że sierpień nam się zaczął :D Piszę "pewnie", bo doskonale wiem, że na wakacjach człowiek gubi rachubę nie tylko w dniach tygodnia, ale i w całej reszcie czasowych formalności ;). Dla mnie każdy dzień ostatnio jest środą. Ale ale bo ja tu gadam zupełnie nie  tym, o czym miałam w planach. Premiery. Dziś będzie o sierpniowych premierach :) Zaciekawiło mnie wiele pozycji, ale postanowiłam ograniczyć się do sześciu. Jeśli któraś was zaciekawi, to po kliknięciu okładki otworzą się Drzwi do tych pozycji na LC ;).