niedziela, 23 grudnia 2018

Zabrakło mi słów..! | Narodziny gwiazdy


(źródło)
Hej Żaby!
W sobotę razem z moim chłopakiem byliśmy w kinie na A star is born (lub, jak ktoś woli, na Narodzinach gwiazdy). Normalnie nie mówię wam o filmach, które oglądam, no chyba że pokrótce opowiadam o wrażeniach na instastories, ale to też nieczęsto. Tym razem jednak nie mogę pozostawić tego, co obejrzałam bez komentarza. Ja wam po prostu MUSZĘ o tym opowiedzieć!


Jackson Main (w tej roli Bradley Cooper) jest znanym muzykiem, grającym na ogromnych scenach w całych Stanach. Ally (w tej roli Lady Gaga) to piekielnie zdolna wokalistka, której jeszcze nikt nie odkrył, bo i ona sama do odkrycia się nie pali. Pewnego wieczoru za sprawą kilku zbiegów okoliczności ta dwójka poznaje się i tak zaczyna się proces narodzin gwiazdy. Będą musieli stawić czoła nałogom Jacka, przezwyciężyć nieśmiałość Ally, a do tego pogodzić ich ścieżki kariery, tak diametralnie różne- jedną dopiero się zaczynającą, a drugą bliską wygaśnięcia.


Nie dajcie się zwieść, to nie jest pierwszy-lepszy romans. Żadne tam Listy do M czy inne dziadostwo z Karolakiem (chociaż akurat Listy do M to całkiem spoko dziadostwo xD). Narodziny gwiazdy łapią za serce w bardzo… specyficzny sposób. Zaraz spróbuję wam to jakoś wyjaśnić, ale najpierw pokrótce opowiem o tym, co stało się po wyjściu z kina: zwykle po seansie razem z Marcinem mamy masę rzeczy do powiedzenia, mamy uwagi i spostrzeżenia, wymieniamy się myślami, itd. Tym razem mi zabrakło słów na klarowne wyrażenie tego, co czuję, natomiast Marcin dzień po seansie przyznał się, że po wyjściu z sali kinowej nie był za bardzo w stanie rozmawiać o tym, co obejrzeliśmy, bo tak go ruszyły Narodziny gwiazdy. A musicie wiedzieć, że jako zagorzały metalowiec inna muzyka średnio na niego działa, a w filmy to już w ogóle gałgan nie umie i rzadko je „czuje”, więc… to powinno mówić samo za siebie.


Często filmy muzyczne cierpią na to, że piosenki zabijają fabułę lub zupełnie nie współgrają z opowiadaną historią. Tutaj ścieżka dźwiękowa jest w idealnej harmonii z wydarzeniami, które obserwujemy. Poważnie, to się dopełnia tak perfekcyjnie, że aż brak mi słów (znowu!). Piosenki wykonywane przez Lady Gagę i Coopera są o czymś i docierają do widza, trafiają w odpowiednie struny w jego serduchu. Ja miałam ciary. Pisząc ten post (nie nazwę go recenzją, bo, na litość boską, taki ze mnie filmowy krytyk, jak z koziego tyłka waltornia xD) milionowy raz odsłuchuję play listę z soundtruckiem z filmu. Chrzanić kolędy i Last christmas! Sporym plusem jest fakt, że film nie ma wersji z lektorem czy (broń Boże!) dubbingiem, więc mamy napisy i nawet ktoś, kto niekoniecznie ogarnia angielski będzie rozumiał o czym śpiewają aktorzy. To cholernie ważne, bo ładunek emocjonalny jest rozłożony po równo – połowę dostajemy w postaci piosenek,  a połowę w fenomenalnej grze aktorskiej.



Tak, gra aktorska jest świetna.  Pierwszy raz miałam zobaczyć Lady Gagę na wielkim ekranie i prawdę mówiąc podchodziłam do tematu dość sceptycznie. Jakoś nie umiałam sobie jej wyobrazić w roli zakompleksionej szarej myszki. Cóż, mój sceptycyzm poszedł w diabły już po kilku minutach filmu. Najpierw schował się pod fotelem, a w momencie, kiedy Gaga i Cooper zaśpiewali razem Shallow (tylko czekać, aż dostaną – zasłużenie! – Oskara za ten kawałek <3), wyszedł z sali kinowej trzaskając drzwiami. Matko i córko, jaka postać Ally była wyrazista! Ciekawa, charakterem, taka… prawdziwa, wiarygodna. Wydaje mi się, że minimalnie przyćmiła Bradleya, chociaż to chyba nawet dobrze – w końcu to Ally była tytułową rodzącą się gwiazdą.

Jack nie pozostawał w tyle. Dotarłam do informacji, że Bradley Cooper do tej pory nie śpiewał nigdzie tak wiecie, profesjonalnie, a tu musiał zagrać muzyka, który od lat stoi na scenie. Marcin uważa, że momentami był przerysowany, że przegięli z kreowaniem go na ćpuna i alkoholika. W sumie nie jestem pewna, czy się z tym zgadzam. Może w kilku scenach faktycznie czułam lekkie przegięcie, ale przez większość czasu totalnie mu wierzyłam. Jack jest sensownie wykreowanym bohaterem z przeszłością, która go ukształtowała. Ogromnie podobało mi się jego podejście do sztuki i talentu, to jak powtarzał, że na scenie trzeba mieć coś do powiedzenia – w innym wypadku ludzie się tobą znudzą. Rozumiem też czemu wpadł w nałóg – muzyk tracący słuch jak malarz, któremu grozi amputacja ręki i poradzenie sobie z tym bez wspomagania jest nie lada wyczynem, który był poza zasięgiem Jacka. On nie był alkoholikiem na zasadzie „a bo te muzyki to tylko palo i ćpio się awanturujo, w dupach się im poprzewracało, hultajom jednym!”, on miał problem, z którym radził sobie „z pomocą” butelki szkockiej. Cooper dał sobie radę z tą rolą, serio. Jedynym zarzutem z mojej strony było spieprzenie sceny, w której Jackson płakał – Bradley chyba jest na to zbyt męski, niestety. Ale oprócz tej jednej sceny i tego delikatnego przegięcia z szalonym życiem muzyka – ja nie mam zarzutów. Biere go.


Wiecie, co „robi” ten film oprócz muzyki? Chemia pomiędzy głównymi bohaterami. Mówię wam, w ich historię wkręcacie się od pierwszych scen, a pod koniec jesteście w szoku, że to już wszystko, że pora na napisy. Lady Gaga i Bradley Cooper stworzyli na ekranie parę, której się kibicuje, w którą się wierzy, której miłość się czuje. Jednocześnie nie mamy wrażenia, że ta relacja jest przesłodzona – bo nie jest, że jest za prost – bo zdecydowanie prosta nie jest, że jest sztuczna – bo jest totalnie, niezaprzeczalnie wiarygodna. Mnie ten duet zachwycił – tak na scenie, jak i poza nią.

(źródło)

Tak jak już wspominałam, nie umiem w recenzowanie filmów, ale muszę wspomnieć o kawale niesamowicie dobrej roboty, jaką odwalił kamerzysta (operator kamery? Poprawcie mnie, proszę) przy kręceniu Narodzin gwiazdy. W filmie nie ma ani kawałka niepotrzebnej nagości, nie ma przypadkowych kadrów, wszystko jest ukazane tak… z wyczuciem, taktem, smakiem (niepotrzebne skreślić). Kiedy bohaterowie siedzą nocą przed marketem, to siedzimy tam razem z nimi. Kiedy stoją na scenie, czujemy się tak, jakbyśmy sami na niej stali. Poważnie! Wszystko się rusza, kręci, światła migoczą, sprzęt na scenie sprzęga i piszczy… wow! (Chociaż piszczące nagłośnienie dawało po uszach akurat, ale to też można zaliczyć na plus, bo dodaje to wiarygodności, znowu). A jeśli o zakończenie chodzi, to uważam je za strzał w dziesiątkę. Nie zdradzę wam co się tam stało, ale powiem, że ogromnie spodobało mi się to, jak to rozegrano, to jak ukazano finał tej historii.


Wspominałam o napisach, prawda? Jest więc jeden szczegół z nimi związany, do którego mogę (i chyba muszę wręcz) się przyczepić. W filmie jest kilka scen, w których bohaterowie się przekrzykują, kłócą, mówią w tym samym momencie. Tutaj napisy nie wyrabiały, a mi wręcz przeszkadzały. Nie wiem, czy to normalne, ale oglądając film z napisami raczej rejestruje je mimochodem, niż się na nich skupiam, bo większość dialogów rozumiem. Ale w momencie, kiedy kilka osób mówi jednocześnie, napisy przekładają tylko połowę z tego, co słyszę, mój mózg ma mind fuck i przestaje rozumieć po angielsku xD. W ten sposób umknęło mi kilka detali. Nie mniej jednak  to drobiazg, serio.


Tak myślę o tym, czy Narodziny gwiazdy mają jeszcze jakieś wady i chyba dostrzegam jedną, o której nie było mowy. Otóż w paru momentach historia robi się niezrozumiała. Oczywiście kilka scen później człowiek ogarnia o co chodziło, ale było parę scen, w których akcja nagle przyspieszała i potrzebowałam chwili, aby zrozumieć co się wydarzyło, czemu to się wydarzyło i jakie były lub będą tego konsekwencje. Było takich sytuacji raptem dwie czy trzy, ale jakoś czuję się w obowiązku wam o tym wspomnieć.


To już chyba wszystko, co chciałam wam przekazać. Idąc na ten film nie miałam jakichś specjalnych oczekiwań (Ba! Ja nie wiedziałam, że na niego idę, bo to była niespodzianka xD), a tymczasem okazało się, że trafiłam na perełkę. Bradley Cooper odwalił kawał dobrej roboty biorąc się za tę historię. Jak widać można zrobić (bardzo) udany remake (bo Narodziny gwiazdy to już trzeci remake oryginału z 1937 roku!) – wystarczy mieć pomysł na odnowienie starego hitu i włożyć w to serce, a nie polegać na tym, że kiedyś komuś się udało, więc jakoś na tym pociągniemy. A star is born jest niezwykłe, poruszające i ciężkie do opisania. Jest piękne. Tak po prostu.


Na koniec zostawiam wam trailer ;)


Trzymajcie się ciepło! 

Ula ;*

Tytuł oryginału: A star is born
Reżyseria: Bradley Cooper
Scenariusz: Will Fetters, Bradley Cooper, Eric Roth,
Gatunek: dramat, film muzyczny
Premiera: 30 listopada 2018 (Polska); 31 sierpnia 2018 (świat)

4 komentarze:

  1. Byłam w kinie dwa razy, a soundtrack maltretuję ju od miesiąca. KOCHAM ten film, shippuję Gagę i Bradleya (czyś Ty widziała jakieś wywiady z nimi? Toć to ship życia normalnie :D ), a piosenki śpiewam i śpiewam, i nie mogę przestać. Końcówka - o mój Boże, dawno już nie spłakałam się tak na filmie. W zasadzie zaczęłam czuć, co się świeci, w momencie sceny z psem i poczęstowaniem go swoim obiadem/kolacją. Od tej chwili włączył mi się tryb mokrych oczu, którego apogeum nastąpił w końcowej piosence, gdy ukazano Allie i Jacksona przy pianinie - O MÓJ BOŻE, CO TAM SIĘ ZADZIAŁO! :o
    A "Shallow"... Ha, "Shallow" MUSI zgarnąć statuetkę, a Gaga z Bradleyem choćby nominację. Wspaniały film.

    Pozdrawiam ciepło,
    Paulina z naksiazki.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Stara, zepsułaś mnie.
    Teraz wyobrażam sobie te kadry z filmu, gdzie na miejscu Coopera jest Karolak.

    OdpowiedzUsuń
  3. "A star is born" to niesamowity film. W 100% przyznajemy Ci rację - jest piękny tak po prostu. Jeśli ktoś nie może nasłuchać się Lady Gagi i Bradley'a Cooper'a - polecamy również soundtrack! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Chyba musze się wybrać na ten film, kolejny na liście...

    OdpowiedzUsuń

Drogi Gościu!
Jeśli już tu trafiłeś, to zostaw po sobie ślad ;)
Proszę, najpierw przeczytaj, później skomentuj. Zależy mi na twojej SZCZEREJ opinii. ;)
Zaglądam do każdego, kto pozostawi po sobie trop w postaci komentarza, lub obserwacji ;)