poniedziałek, 29 lipca 2019

Ona zna przepis na romans idealny | Save us Mona Kasten


Czołem Pyzy!
Nie uważam się za jakąś wielką fankę romansów, zwłaszcza takich osadzonych w „normalnym” świecie. Czasami sięgnę po jakiś dla odprężenia, czasami zaintryguje mnie opis z okładki, ale… no jakoś ciężko mnie zachwycić romansem i raczej wybieram je ostrożnie. Mam raptem dwie czy trzy autorki, po których romanse sięgam z dużą dozą pewności. Jedną z nich jest Mona Kasten. Pisałam tu już o jej serii Again (recenzje --->  KLIK!) oraz o dwóch tomach trylogii Maxton hall (recenzje ---> KLIK!), a dziś przychodzę do was z opinią o Save us, czyli finałowym tomie historii Ruby i Jamesa.


„(…) Czy mogą ocalić siebie? A może zniszczą się nawzajem?
Ruby jest w szoku: została zawieszona przez Maxton Hall College. A co najgorsze, wszystko wskazuje na to, że odpowiedzialny za to jest nikt inny, tylko James. Ruby nie może w to uwierzyć - nie po tym, przez co przeszli razem.
Oboje muszą się zastanowić, czy światy, w których żyją, nie są dla siebie zbyt odległe...”*


Właściwie to zacząć chce od tego, że ta książka nie jest tylko historią Ruby i Jamesa. Tak jak w drugim tomie pojawiło się parę nowych perspektyw, a Mona Kasten rozbudowała kilka wątków pobocznych, tak tutaj robi się tego jeszcze więcej i moim zdaniem jest to ogromna zaleta tej książki. Nie musimy męczyć się z parą głównych bohaterów 24/7, a postacie drugoplanowe nie stanowią jedynie nijakiego tła dla miłosnych perypetii Ruby i Jamesa. Często jest przecież tak, że romans się nam wlecze, bo autor na siłę rozwleka historię, która spokojnie zmieściłaby się w jednym tomie, na trzy części „bo te trylogie to takie fajne są, tak ładnie na regale wyglądają”. Pełno jest jakichś chorych, nielogicznych zwrotów akcji, kłótni o dupę Maryny i innych zapchajdziur. Mona Kasten napisała trylogie, w której według mnie nie uświadczycie ani jednego zapychacza. Autorka żongluje historiami czterech par i robi to bardzo zgrabnie. Urywa rozdziały w takich momentach, że człowiek po prostu musi dowiedzieć się, co stanie się dalej. Żeby jednak dojść do kolejnego rozdziału z kontynuacją wątku X, trzeba przejść przez rozdziały z wątkami Y i Z, które również urywają się w jakimś kluczowym momencie, więc siłą rzeczy chce się czytać dalej i dalej… i tak koło się zatacza.


Mi w Save us najbardziej podobał się wątek Alistaira i Kesha. Trochę żałuję, bo było go bardzo niewiele, za to wydał mi się on najintensywniejszy – w tych kilku rozdziałach Kasten skumulowała taką dawkę emocji, że czytałam je z zapartym tchem.


Z kolei wątek Ruby i Jamesa w tym tomie był dla mnie jakiś taki stonowany. Nie nudził mnie, w żadnym razie, ale nie był już tym najistotniejszym (dla mnie ;)). Związek głównych bohaterów był po prostu już na tym takim stabilnym, pewnym etapie, na którym ja jako czytelnik nie trzęsłam się o to, że zaraz im wszystko pieprznie. Traktowałam ten wątek jako coś, co spaja całą historię i było taką podporą, wokół której kręciły się nowe, dopiero rodzące się (lub odradzające się) wątki. W tym tomie problemy głównych bohaterów były takie… „z zewnątrz”, nie spowodowane przez nieporozumienia w związku, zdrady, alkohole, szmery, bajery, i takie tam. Wydaje mi się, że wynika to z rzeczy, która w romansach jest prawie że niespotykana -  tutaj bohaterowie ze sobą ROZMAWIAJĄ. Poważnie. Nie wiem, może to ja mam pecha do tego gatunku, ale przeważnie trafiam na historie, w których wszystkich kłótni i dramatów można by uniknąć, wystarczyłoby żeby ona łaskawie powiedziała o co ma focha, on miał szansę wyjaśnić, że laska którą obejmuje na zdjęciu to jego kuzynka, itd. zawsze mnie jakoś ten brak dialogu irytuje. Tutaj czułam komfort śledzenia losów zarówno Ruby i Jamesa, jak i pozostałych bohaterów, ponieważ potrafili oni usiąść i przegadać dany problem.


Nie chcę opisywać wam szczegółowo każdego z pozostałych wątków i moich odczuć odnośnie nich. Kasten kontynuuje tu opowieść o relacji Lydii i Grahama, pojawia się też dalsza część rodzącego się romansu pomiędzy siostrą Ruby a jedną z męskich postaci.



 Obok tych wszystkich romansów, które o dziwo nie przyprawiają mnie o tęczowego bełta (a wręcz przeciwnie – są przyjemnie przyziemne, sensowne i pozbawione zbędnej cukierkowości) toczy się wątek dotyczący firmy Beauforta. Czy był on ciekawy? Bardzo. Czy był on odskocznią pozwalającą niejako odsapnąć od miłosnych perypetii uczniów Maxton Hall? Jak najbardziej. Czy był on przewidywalny? No, trochę był. Ja już na początku drugiego tomu czułam, że coś mi tu śmierdzi. Pod jego koniec miałam wrażenie, że domyślam się źródła smrodu. No i intuicja mnie nie myliła – to było do przewidzenia. Nie jest to jednak wcale jakiś spory minus – w obliczu tego, ile przyjemności dała mi lektura Save us jestem gotowa przymknąć oko na to, że przewidziałam te kilka twistów fabularnych ;).


Nie mogę jednak przepuścić tego, ile w tej książce jest literówek! Kurcze, coś tu nie siadło z korektą i to kłuło w oczy. Gdyby baboli było kilka, to pewnie bym sobie darowała pisanie tu o tym – zdarza się. Ale niestety, było ich na tyle dużo, że nie mogę ich pominąć w mojej recenzji.


Co jeszcze, co jeszcze…? (tu ujawnia się mój brak notatek wynikający z zaczytania się w Save us – hańba!) O! Wartości! Podoba mi się to, jak Kasten przemyca smaczki w swoich książkach – tak poprzednich, o których już pisałam, jak i tej. Pojawia się tu np. motyw tolerancji osób innej orientacji seksualnej. Mamy możliwość poznać Ember – siostrę Ruby, która prowadzi bloga mającego pokazać ludziom, że osoby przy kości nie są gorsze, że mogą świetnie wyglądać i że kilogramy nie mają wpływu na charakter, więc nie powinniśmy oceniać po wyglądzie. Jest też porównanie dwóch zupełnie innych rodzin – rodziny Ruby, która nie ma wiele  pieniędzy, a mimo to jest bardzo szczęśliwa i kochająca; oraz rodziny Jamesa, w której kasa wylewa się z domu kominem, co wcale nie daje nikomu szczęścia. Jest też motyw tego, jak różne podejście może mieć szkoła do dwójki uczniów – jednego „przeciętnego”, drugiego zaś regularnie załatwiającego spore datki na rzecz szkoły. To nie są wszystkie „smaczki”, ale… nie będę zdradzała wam wszystkich, no halo! ;) W każdym razie Mona Kasten bardzo zgrabnie wplata je w opowiadaną historię i subtelnie skłania czytelnika do refleksji.



Nie wiem, co jeszcze mogę dodać, aby zachęcić was do sięgnięcia po tę serię. Nie łatwo jest trafić na naprawdę dobry, przemyślany romans, który nie opiera się jedynie na przystojnym amancie, zazwyczaj szarawej głównej bohaterce i opisach ich bezsensownych sprzeczek. Mona Kasten umie jednak ominąć wszystkie te drażniące schematy. Seria Maxton Hall jest przemyślana, dopracowana, wciągająca i warta poświęcenia jej swojego czasu. Bohaterowie są jacyś, a przy tym są przyjemnie normalni. Są tacy, że czytając masz wrażenie, że mogliby spokojnie żyć w naszym świecie, mógłbyś minąć ich na chodniku albo spotkać w kawiarni. Jeśli miałabym polecić wam jakiś romans – poleciłabym właśnie tę serię. Save me było przyjemnym początkiem. Save you okazało się miłym zaskoczeniem, pokonującym klątwę drugiego tomu. Save us natomiast jest świetnym zwieńczeniem całości. Czego więcej można chcieć od trylogii? ;)


Łapka w górę: kto z was zamierza sięgnąć po historię (nie tylko) Ruby i Jamesa? A może już jesteście po lekturze tej serii? :D

Buziaki!
Ula ;*



Tytuł oryginału: Save us
Cykl: Maxton Hall (tom 3)
Tłumaczenie: Ewa Spirydowicz
Wydawnictwo: jaguar
Liczba stron: 351
Data Premiery: 19 czerwca 2019

*źródło opisu: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4880025/save-us

2 komentarze:

  1. Ta seria jeszcze przede mną, ale na pewno zrobię sobie z nią maraton czytelniczy. 😊

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytałam tę trylogię i bardzo mi się podobała. Kasten przedstawiła naprawdę przyjemną historię z fajnymi bohaterami. Choć przyznam szczerze, że chętnie zobaczyłabym również rozwinięcie historii postaci drugoplanowych!

    OdpowiedzUsuń

Drogi Gościu!
Jeśli już tu trafiłeś, to zostaw po sobie ślad ;)
Proszę, najpierw przeczytaj, później skomentuj. Zależy mi na twojej SZCZEREJ opinii. ;)
Zaglądam do każdego, kto pozostawi po sobie trop w postaci komentarza, lub obserwacji ;)