Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajówka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajówka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 września 2016

Wygląda na to, że jestem odmieńcem, czyli o moim pierwszym spotkaniu z panią Hoover

Zdjęcie powyższe jest tymczasowe ;) Trzymajcie kciuki, żeby mnie jutro na basen wpuścili z książką xD
Hej ho Papużki!

Znów mam dla was recenzję, ale tym razem inną, od poprzednich… bo nieprzychylną. Jeszcze nie wiem jak sobie z nią poradzę, bo rzeczy, które mam wypisane na magicznej karteczce zakrawają o spoilery (ALE SPOILERÓW TU NIE ZNAJDZIECIE!), i nie wiem jak o tym napisać, aby nikomu nie zepsuć ewentualnej lektury. Ale, ale! Wy nie wiecie o czym ja mówię! Dziś zapraszam was na recenzję Never Never autorstwa Coollen Hoover i Tarryn Fisher.

Charlie i Silas chodzą razem do szkoły. Są parą, mają wspólnych znajomych, wspólną przeszłość… ale niczego z tego nie pamiętają. Nie mają pojęcia co jest tego powodem, ale oboje stracili pamięć. Razem będą szukać odpowiedzi na gnębiące ich pytania. Spróbują sprawić, by wspomnienia powróciły… ale czy im się uda? Co spowodowało, że zapomnieli osiemnaście lat swojego życia? Oczywiście nie zdradzę Wam tego, nie jestem aż takim wrednialcem ;).

Wiecie co? Czuję się oszukana. Serio. O Hoover ciężko usłyszeć złe słowo. Wszyscy ją zachwalają, straszą książkowym kacem po jej powieściach… a ja nie czuję w zasadzie nic. Przez blisko 400 stron książki serducho ani razu nie zabiło mi mocniej, więc coś tu jest chyba nie tak.. prawda? Ale po kolei.


Z tyłu książki napisano cudowne, zachęcające i intrygujące zdania: „Czy można przypomnieć sobie… że ma się krew na rękach? A jeśli prawda jest tak szokująca, że tylko zapomnienie chroni przed szaleństwem?”. Przyznajcie, że to kusi. Człowiek sięga po książkę oczekując tajemniczości, szokującej zagadki skąpanej w krwi… A co dostaje? Krwi tyle, co kot napłakał i równie dużo tajemnicy. Okej, ciekawiło mnie z początku o co chodzi z tą sklerozą, ale jakoś z kolejnymi stronami zaciekawienie poszło spać. Ta absolutna zwyczajność życia głównych bohaterów gryzła mi się z niespodziewanym, niewyjaśnionym zapomnieniem. Jeszcze póki mogłam łudzić się, że w wieczór poprzedzający zanik pamięci polała się krew, póty nie skreślałam tej historii. Ale gdy okazało się, to co się okazało (Brawo Q! Jesteś królową logicznych wyjaśnień!) uznałam, że to jakaś kpina, a nie „krew na rękach” i „szokująca prawda, której zapomnienie broni przed szaleństwem”. Grrr! Ktoś powinien ten opis zmienić, bo to jakieś wierutne kłamstwo! :<

Opis głosi również:  „On zrobi wszystko, by wskrzesić wspomnienia. Ona za wszelką cenę chce je pogrzebać.”, co od razu sugeruje mi, że w tajemnicy niezwykłej sklerozy (wybaczcie, ale nie wiem jak inaczej nazwać to, co spotkało Charlie i Silasa) musi być coś złego, mrocznego, coś w klimacie zbrodni… kurcze no, chyba wiecie o co mi chodzi ;). Miałam nadzieję na jakiś dreszczyk emocji, jakieś bum!, jakiś brzydki, wyjątkowo pryszczaty sekret Charlie, który wywołał, albo przynajmniej przyczynił się do wywołania tejże niezwykłej sklerozy. Tymczasem rozwiązanie zagadki jest do szpiku kości durne. Serio. Nie mogę Wam tego wyjaśnić, ale jak słowo daję Colleen i Tarryn mnie zaskoczyły. W życiu nie spodziewałabym się tak idiotycznego wyjaśnienia. Nawiasem mówiąc z tego wynikałoby, że takież właśnie sklerozy powinny się przytrafiać kilka razy do roku albo i kilkanaście razy, i to na calutkim świecie… ale shhh. Może ja za mało romantyczna jestem. Może jestem jak Charlie.


Skoro już mowa o naszej bohaterce, to powiem parę słów zarówno o niej, jak i o jej towarzyszu. Kobiety mają pierwszeństwo, więc zacznę od Charlie. W sumie nic do niej nie mam. Ani mnie ona ziębi, ani grzeje, jest zwyczajna, dość sympatyczna, jak na żeńską postać ;). Naprawdę nie wiem co więcej o niej powiedzieć… może tylko tyle, że nie mam co jej zarzucić, w przeciwieństwie do Silasa. Tu sprawa ma się zupełnie inaczej. 
Matkobosko cóż to za słodziak! Aż się na bełta zbiera, gdy człowiek czyta te jego listy i rozmyślenia. Jezusicku, nie lubię takich bohaterów. Rozumiem, to miał być taki ideał dla nastolatek, ale serio? Aż tak? Chłopak bez skazy, cierpliwy, odporny na zdrady, odporny na wszelkie ataki, futbolista, fotograf, przystojniak, romantyk, i co jeszcze? Przepraszam, ale tego nie kupuję.

Nie kupuję też tego, jak ta dwójka reaguje na fakt, że stracili pamięć. Kurcze, ludzie! Co Wy byście zrobili, gdybyście ocknęli się w szkolnej ławce, otoczeni obcymi ludźmi, nie wiedząc kim jesteście, czemu tu jesteście, nie mając pojęcia co się dzieje i mając w głowie jedną wielką czarna dziurę? Może ja jestem jakaś dziwna (Ekhmm... badania niczego nie wykazały xD), ale w takiej sytuacji chyba bym zemdlała, albo (tak dla przyzwoitości) się przynajmniej załamała. A co robią nasi bohaterzy? Oczywiście, że w przeciągu przerwy miedzy lekcjami spinają poślady i bez jakiejś specjalnej sensacji idą na stołówkę, i na lajciku udają, że znają zupełnie obcych ludzi. Ba! Ci ludzie im wierzą, nie widzą w tym nic nadzwyczajnego… Poważnie? Cholercia, mam nadzieję, ze tak Silas, jak i Charlie po liceum poszli na studia aktorskie. Wróżyłabym im świetlaną przyszłość ;).


Uczepić mogłabym się również samego tytułu, chociaż to akurat nie jest takie istotne. Nie przepadam za angielskimi tytułami. Skoro książkę przełożono na inny język, to to samo powinno zrobić się z tytułem, a poza tym osobiście uważam, że Nigdy, przenigdy intrygowałoby mnie bardziej, niż Never never… ale to taki drobiazg ;).

Ale żeby nie było, że tylko się czepiam. Książka nie była do szpiku okładki zła ;). 

Podobała mi się lekkość, z jaką czytało się kolejne rozdziały. Nawet nie zauważyłam, kiedy dotarłam do setnej strony, później dwusetnej… Dopiero gdy w zasadzie rozgryźli już tę zagadkę książka zaczęła mnie męczyć, a ostatnie 30 stron czytałam dłużej, niż poprzednie 350.

Ponadto na plus mogę zaliczyć narrację z dwóch perspektyw. Nie gubiłam się w niej, co czasami się zdarza. Wszystko było miłe, zrozumiałe i czytelne, a rozdziały nie dłużyły się ;). 

Humor w zasadzie również był niczego sobie, chociaż jak na mój gust wszystko było jakieś takie.. zbyt opanowane, zbyt płaskie. Nie do końca w moim guście ;).


Podobały mi się również niektóre z listów, którymi autorki urozmaiciły treść. Owszem, część z nich było absolutnie przesłodzonych, ale znalazło się parę, które przypadły mi do gustu, i może nawet uśmiechnęłam się półgębkiem gdy je czytałam ;).


Podsumowując: Never never nie spełniło moich oczekiwań. Spodziewałam się silnych emocji, niesamowitej historii, którą obiecywał mi opis z tyłu okładki i opinia o twórczości jednej z autorek, spodziewałam się oryginalności… a otrzymałam zwyczajność absolutną i totalną. Nie mniej jednak nie skreślam jeszcze Coollen Hoover. W przyszłości sięgnę po którąś z jej książek, tych pisanych samodzielnie, aby sprawdzić, czy może jednak pogłoski o kacu po jej tworach są prawdziwe ;). Czy książkę polecam..? Sama nie wiem. Na pewno nie odradzam. Jeśli macie ochotę na coś lekkiego, coś zwykłego i przyjemnego, to śmiało, bierzcie się za Never never, jednak jeżeli czujecie potrzebę bomby emocjonalnej, to poszukajcie czegoś innego ;).

No, to pomarudziłam :P. Pora na Was! Czytaliście już sierpniową premierę CoHo? Co o niej sądzicie?

Do zobaczenia w komentarzach!

Q.