poniedziałek, 27 lipca 2020

Czemu ta książka stoi na półce thrillerów i kryminałów? | Prawo krwi Tess Gerritsen - recenzja

Decydując się na recenzowanie tej książki kierowałam się tym, że w sumie od dawna chciałam przeczytać coś Tess Gerritsen. Miałam ochotę na kryminał albo thriller z wątkiem romantycznym gdzieś tam w tle, a na to wskazywał opis z okładki Prawa krwi. No a dodatkowo książka liczy sobie mniej niż 300 stron, więc zakładałam, że nawet jeśli styl Gerritsen nie przypadnie mi do gustu, to nie będzie to wlokąca się w nieskończoność droga przez męki. O, jak bardzo się myliłam..!


Willy nigdy nie uwierzyła w śmierć ojca. Wokół katastrofy amerykańskiego samolotu podczas wojny w Wietnamie nagromadziło się zbyt wiele pytań bez odpowiedzi. Dlaczego nie odnaleziono ciała? Kim był tajemniczy pasażer, którego istnieniu wszyscy zaprzeczają? Co się stało z ładunkiem?
Willy wyrusza do Azji, by odkryć prawdę o wydarzeniach sprzed lat. Szybko uświadamia sobie, że próbuje rozwikłać tajemnicę, którą nawet dziś chronią wpływowi ludzie. Mimo zagrożenia podejmuje prywatne śledztwo. Nieoczekiwanie pomocną dłoń wyciąga do niej Guy Bernard, antropolog pracujący na zlecenie armii. Czy potrafi ochronić ją przed śmiertelnym niebezpieczeństwem?*

Zacznijmy od najistotniejszego: ten thriller tudzież kryminał (bo do takiej kategorii Prawo krwi jest przyporządkowane na różnych portalach i stronach księgarni internetowych)... to guzik a nie thriller. Ani kryminał. Może część z Was kojarzy książki Nory Roberts - to takie romanse, wręcz niepoprawnie schematyczne. Właściwie to zmieniają się w nich tylko imiona postaci i miejsce akcji. Powiem Wam, że ta schematyczność, zawsze połączona z jakimś do bólu przewidywalnym wątkiem pseudo kryminalnym dawniej była dla mnie totalnie odprężająca. I tu funfact: kiedy byłam w gimnazjum jednym z głównych źródeł, z których czerpałam książki była mama mojej koleżanki, Kingi. Pani Gosia uwielbiała romanse, a więc i my siłą rzeczy podczytywałyśmy różne tego typu rzeczy. Mogę więc uznać, że wiem jak rozpoznać stary romans, taki sprzed co najmniej dwóch dekad (a czasami nawet starszy), w domyśle adresowany dla dojrzałych kobiet szukających lekkiej i przyjemnej lektury do ciasteczka i kawusi. Prawo krwi to właśnie taki romans. Tak więc już na wstępie czuję się oszukana: nie wiem jak bardzo zmęczona musiała być osoba, która na okładce tej książki umieściła spluwę zamiast jakiejś pary w namiętnym uścisku w jakiejś wietnamskiej uliczce. To samo tyczy się osoby, która zakwalifikowała tę książkę jako thriller/kryminał. No ale, co się stało, to się nie odstanie - przejdźmy więc do szczegółów.

Książka zaczyna się od zbiegu okoliczności tak nieprawdopodobnego, że aż trudno w niego uwierzyć. I, uwaga: ani przez chwilę w niego nie uwierzyłam, więc na dzień dobry popsuto mi całą przyjemność z czytania o rozwijającym się romansie Willy i Guy’a. No bo jak miałam się nim ekscytować, skoro podskórnie czułam, że to jest ustawione? Później podobnych zbiegów okoliczności było oczywiście więcej. I więcej. I więcej. I tak aż do samiutkiego końca. Można powiedzieć, że ta historia to jeden, wielki, obrzydliwie przewidywalny zbieg okoliczności. I jasne, na samym końcu niby wyjaśnia się, że te zbiegi okoliczności to tak celowo... ale, kurde, sama droga do tego zakończenia była tak wyczerpująca, że kończąc Prawo krwi miałam głęboko w nosie jakiekolwiek wyjaśnienia. To było napisane tak niesubtelnie, że jedyne, co we mnie wywoływało, to zniechęcenie, niestety.

Równie zniechęcający byli główni bohaterowie, czyli Willy Maitland i Guy Bernard oraz łącząca ich relacja.
Tess Gerritsen przez całą książkę uparcie podkreślała, że Willy jest niska, bez makijażu, ale ma piękne łydki, za to Guy nie jest przystojny, ale jest atrakcyjny i ma krzywy nos. Wyobraźcie sobie ile razy to musiało być powtórzone, skoro ja, która zwykle szybko zapomina opisy postaci, jestem w stanie przytoczyć wam jak wyglądała ta dwójka tak o, bez zaglądania do książki. Podpowiem: zdecydowanie z dużo razy.
Oprócz informacji o łydkach Willy i nosie Guy’a dowiadujemy się (średnio co drugą stronę), że on ma chrapkę na nią, a ona na niego. W pewnym momencie jest to wręcz obleśne: Guy co chwilę sprowadza Willy do ładnej, nieporadnej kobietki, którą ma ochotę zaliczyć ale jednocześnie sumienie go gryzie, więc tego nie robi. I tak w koło Macieju. Willy z kolei cały czas mamroli w myślach o tym, że mężczyźni to buce, żaden nie zostanie z nią na dobre i złe, także no, generalnie jedyna opcja to pewnie pójść do zakonu (No dobra, o zakonie nie myślała, ale jakby tak rozważyć jej podejście do mężczyzn, to serio zakon wydaje się jedyną słuszną opcją).
Jeśli miałabym podzielić tę książkę procentowo na wątki, z których się składa, to wyglądałoby to mniej więcej tak: 5% to zagadka śmierci ojca Willy, 7% to opisy kultury wschodu (ale nie cieszcie się - nie ma tego wiele i nie rozbudzają one nijak wyobraźni. Po prostu są, bo być muszą, tyle), a pozostałe 88% to ten kretyński romans.

Mówię kretyński, bo w niego też nie chce mi się wierzyć. Dwoje zupełnie obcych ludzi poznaje się przypadkiem i już po kilku godzinach on ma myśli o tym, że musi się o nią troszczyć, a ona w tym samym czasie każe mu spadać na drzewo i wewnętrznie drży z podniecenia, bo już wie, że ten typ jest wyjątkowy i w ogóle są sobie pisani. Po jakichś dwóch dniach nie tyle są „na Ty”, co on mówi do niej „skarbie” albo „kochanie”. Po jakimś tygodniu (strzelam) nie wyobrażają sobie bez siebie życia. Za szybko pani Gerritsen, za szybko. Jeśli chciała Pani, żeby ten wątek miał ręce i nogi, to powinna Pani rozwinąć go na przestrzeni co najmniej 400 stron. Albo olać ten idiotyczny wątek zaginionego ojca (do którego zaraz przejdziemy) i skupić się na kizianiu, mizianiu i scenach łóżkowych (które w tej książce wypadają blado, ale już nie będę się dalej pastwić nad bidnymi gołąbkami z Wietnamu). Nie można mieć ciastka i zjeść ciastko, po prostu.

A więc ten, wątek kryminalny... Jeżu kolczasty, w malinach kroczący! W życiu nie spotkałam aż tak nieangażującego czytelnika wątku, nazwijmy to, „kryminalnego”. Na początku książki mamy prolog, w którym jesteśmy świadkami niewyjaśnionego wypadku samolotu pilotowanego przez ojca Willy. Później dowiadujemy się, że matka dziewczyny nie wierzy w śmierć ojca (i w sumie ma ku temu powody), a jej ostatnim życzeniem jest to, aby Willy dowiedziała się, czy jej mąż na pewno umarł 20 lat temu w wypadku samolotu. No i wszystko fajnie, tylko że... to śledztwo składa się z jakichś 4-5 rozmów, które gdyby je zebrać do kupy, to zajęłyby jakieś 15 stron. Zwykle rozmówcy zapierali się rękami i nogami żeby nic nie powiedzieć, ale finalnie coś tam zdradzali jakieś nazwisko. Trzeba więc było iść do kolejnej osoby, a tam mieliśmy powtórkę z rozrywki. I tak przez 200 stron... bo rozwiązanie jest nie na samym końcu książki. Serio. Kiedy wszystko staje się jasne, my dostajemy jeszcze kilkadziesiąt stron wydarzeń, które chyba nikogo już nie interesują. Ja musiałam się zmuszać do tego, żeby nie pomijać całych akapitów. Co gorsza, spokojnie mogłam je pominąć i nic bym nie straciła, nic ważnego by mnie nie ominęło. Koniec był żenująco przewidywalny, aczkolwiek uważam go za najjaśniejszą stronę tej historii - no bo nareszcie miałam ją z głowy :’).

Kończąc, chcę jeszcze zwrócić uwagę na to, jak ta książka została wydana. W moim odczuciu redaktorzy męczyli się nad nią równie mocno, co ja i po prostu dali za wygraną. Mamy tu podział na rozdziały, które są później dzielone odstępami na jeszcze mniejsze części, np. Kiedy akcja urywa się i przenosi w inne miejsce, do innego bohatera, albo kiedy przykładowo mija noc i dalsza część dzieje się kolejnego dnia. No i super, tylko... te przerwy raz są, raz ich nie ma. Czasami w książce mijało kilka godzin, bohaterowie przemieszczali się do innej miejscowości i rozmawiali o czymś zupełnie innym, a w książce nie zostało to w żaden sposób zasygnalizowane. Masakra. Nie chcę nic mówić, ale przy 250 stronach ciężko to nawet jakoś sensownie wytłumaczyć chęcią przyoszczędzeniu na papierze albo zmęczeniem osób za to odpowiedzialnych. Jeśli książka leży już na tak podstawowym etapie, to nie wiem czemu miałabym od niej wymagać czegokolwiek innego oprócz klęski.

Nie zniechęcam się jednak. Nadal chcę wierzyć, że Tess Gerritsen jest królową kryminału i jedną z najpoczytniejszych autorek thrillerów. Na pewno przeczytam inne jej książki, w raczej bliższej niż dalszej przyszłości. Jeśli możecie mi polecić jakieś „pewniaki” - będę ogromnie wdzięczna ;).

Tymczasem ja z bólem serca odradzam Wam sięganie po Prawo krwi. Nie jest to ani thriller, ani kryminał. To romans, w dodatku nudny, słaby i przewidywalny w ten zły sposób. Ja się okrutnie zmęczyłam podczas lektury tej książki. Mam nadzieję, że dzięki tej recenzji Wy oszczędzicie swój czas i nerwy.

PS. Tak sobie teraz myślę, że wiem do czego można porównać Prawo krwi. Oglądaliście kiedykolwiek Przygody Indiany Jonesa? No, to to jest coś podobnego, tylko zupełnie pozbawione humoru, ograbione z jakkolwiek często niedorzecznej, to jednak wartkiej akcji i generalnie milion razy gorsze. Może takie porównanie ostatecznie rozjaśni wam sytuację ;)

Tytuł oryginału: Never Say Die
Tłumaczenie: Maria Świderska
Wydawnictwo: Harper Collins
Liczba stron: 249

*źródło opisu: https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4930383/prawo-krwi

1 komentarz:

  1. Od dawna chcę poznać twórczość Gerritsen, ale bardzo cieszę się, że nie skusiłam się na ten tytuł, bo na pewno żałowałabym.

    OdpowiedzUsuń

Drogi Gościu!
Jeśli już tu trafiłeś, to zostaw po sobie ślad ;)
Proszę, najpierw przeczytaj, później skomentuj. Zależy mi na twojej SZCZEREJ opinii. ;)
Zaglądam do każdego, kto pozostawi po sobie trop w postaci komentarza, lub obserwacji ;)