Cześć Wisienki!
Wrzesień nam się zaczął, niestety. Ale nie ma co się łamać, zanim się obejrzymy znów będzie lato, znów będą wakacje, tymczasem przychodzę do Was z czymś na osłodę. Tak jak zapowiadałam dziś pragnę przedstawić Wam historię pewnego brytyjskiego dżentelmena. Serdecznie zapraszam na recenzję fenomenalnej książki Anny Lange – Clovis LaFay, magiczne akta Scotland Yardu.
Zawsze zaczynam od opisu fabuły, ale tu mam z tym pewien problem. Ciężko mi napisać cokolwiek tak, aby nie zdradzić Wam żadnej z odpowiedzi na liczne zagadki… więc musicie wybaczyć mi kaleką prezentację tej historii :’(.
Alternatywna wizja Anglii, rok 1873. Po trwającym kilka lat podróżowaniu po świecie Clovis LaFay wraca do rodzinnego Londynu, gdzie w dość niecodziennych warunkach spotyka swojego dawnego przyjaciela – Johna Dobsona. Ten drugi od pewnego czasu piastuje urząd nadinspektora nowo-utworzonego Podwydziału Spraw Magicznych londyńskiej policji, która pilnie poszukuje egzorcystów do spraw powiązanych z duchami. Tak się składa, że nasz główny bohater specjalizuje się właśnie w nekromancji, a że cierpi na nadmiar wolnego czasu, to z chęcią podejmuje się pracy w roli egzorcysty-konsultanta. Wróciwszy do Londynu Clovis będzie musiał stawić czoło swojej rodzinie, która (lekko mówiąc) za nim nie przepada, a do tego rozgryźć razem ze swoim przyjacielem zagadkę tajemniczych napaści, do których dochodzi w Londynie. Czy Clovisowi uda się wygrać z bratem? Kto stoi za owymi napadami? I jaką rolę w tym wszystkim odegra siostra Johna –Alicja? Moi Drodzy, nie ma tak łatwo! Musicie sami to sprawdzić ;).
Na początku muszę się wam przyznać, że nie zagłębiałam się w to kto napisał Clovisa. Byłam święcie przekonana, ze mam do czynienia z zagranicznym autorem, a tu ZONK! Anna Lang to pseudonim polskiej autorki! Tylko błagam Was i zaklinam – nie zrażajcie się na wstępie, wysłuchajcie przeczytajcie do końca! Ja sama żałuję, że nie czytałam tej książki przed wzięciem udziału w akcji #czytamcopolskie. Byłaby idealna, no ale trudno. W każdym bądź razie Magiczne akta Scotland Yardu to kolejny dowód na to, że polska literatura nie gryzie ;).
Pomysł na całą historię uważam za coś świetnego. Uwielbiam książki i filmy, których akcja toczy się w wiktoriańskiej Anglii. Ten klimat, dorożki, suknie i cała reszta cudowności od zawsze mnie zachwycała, i coś czuję, że w najbliższym czasie nie ulegnie to zmianie ;). Clovis zapunktował samym czasem akcji, a za wplecenie w to czarów dostał ode mnie pięć gwiazdek.
Sama idea czarodziejów w książce jest bardzo dobrze pomyślana. To, że część ludzi potrafi władać magią wcale nie czyni ich niezwyciężonymi. Każdy z magów ma limit mocy, nie ma tak, ze może ciskać abrakadabrami na prawo i lewo bez konsekwencji. To bardzo mi się podobało, w końcu ktoś nieco okiełznał czarodziejskie towarzystwo. Poza tym ten naukowy podział magów też był ciekawym pomysłem ;). Chciałam Wam to jakoś wyjaśnić, ale skapitulowałam. Nie umiem ubrać tego w słowa tak, aby nie powstał nieludzko długi post, ale jeśli postanowicie sięgnąć po Magiczne akta Scotland Yardu, to w mig załapiecie co i jak ;).
Historia opowiadana jest z wielu perspektyw, co na ogół mnie irytuje… a tutaj jest przyjemne, ożywcze. Nie ma nudy. Większość rozdziałów widzimy oczami Clovisa lub Johna, część opowiada nam Alicja Dobson, ale trafiają się też takie, w których poznajemy postacie drugoplanowe i ich sposoby myślenia. Szczerze mówiąc byłam zaskoczona, że mnie nie drażniła ta mnogość perspektyw, bo póki co chyba tylko Martinowi udało się tak to zrobić, aby nie wyprowadzić mnie z równowagi… a tu BANG! perspektyw, a perspektyw, a mi to pasowało! Miód, malina i orzeszki jednym słowem. Do tego muszę wspomnieć o budowie całej powieści. W Clovisie znajdziecie ogrom retrospekcji, bo rozdziały „normalne” są przeplatane wspomnieniami bohaterów. To było świetne, aczkolwiek ostatnie retrospekcje pamiętam jak przez mgłę, bo goniłam do roku 1873, aby zobaczyć jak skończy się ta historia ;).
Jeśli chodzi o bohaterów, to Akta Scotland Yardu dostarczyły mi nowego męża. Chrzanić wszystkich innych, ja chcę Clovisa! Ten młody mag był tak kochany, zabawny, tak irracjonalnie kulturalny, a jego podejście do etyki egzorcyzmowania duchów… chwilami śmiałam się na głos z dialogów, które wywiązywały się pomiędzy nim a innymi postaciami. Z resztą myśli młodszego LaFaya też były niezgorsze… w zasadzie nie tylko jego. To tyczy się w sumie wszystkich bohaterów Magicznych akt Scotland Yardu. Postacie są tak pozytywne, tak zabawne i dopieszczone, że nie sposób ich nie lubić. Nawet „ci źli” są jacyś tacy… fajni. Polubiłam ich ;).
Ogromnym plusem jest też język, jakim posługuje się autorka. Matko i córko, jak to się przyjemnie czytało! Okej, czasami gubiłam się w zdaniach, które niejednokrotnie były przydługawe i zawiłe, ale na ogół powieść pożerałam z uśmiechem na twarzy. Sarkazm i humor były świetne! Annie Lange chwali się też wplecenie w tę historię wydarzeń , które faktycznie miały miejsce. Nie wiem jak Wy, ale ja lubię takie powieści, w których fikcja przyprawiona jest odrobiną tego, czego uczą mnie na lekcjach historii czy biologii :).
Na ogół nie piszę o wyglądzie książki, ale w tym przypadku nie mogę się powstrzymać. Matkoboskoczęstochowsko, jestem zakochana w tej okładce. To jest tak dopieszczona, tak magiczna i dopracowana oprawa, że przez pierwsze kilka godzin lektury przerywałam czytanie żeby sobie popatrzeć na nią <3. Cudeńko!
Tak więc podsumowując: Clovis okazał się niesamowicie miłym, polskim zaskoczeniem. Historia jest oryginalna, dopieszczona, i wciągająca. Bohaterów nie sposób nie polubić, a samego Clovisa wręcz można pokochać. Z całego serducha polecam tę pozycję… hmmm, w zasadzie każdemu, chociaż znalazłabym kilka grup, którym poleciłabym ją „bardziej”. Jeśli jest tu jakiś fan Sherlock’a Holmes’a, to powinien zapoznać się z Magicznymi aktami. To samo tyczy się miłośników wszelkich Harrych Potterów i innych magicznych historii. Z kolei jeśli szukacie gorącego romansu, to nie tędy droga. W Clovisie wątek miłosny jest chyba zbyt delikatny, jak na takie wymagania ;).
A Wy już czytaliście historię o brytyjskich magach? Co o niej sądzicie? A może dopiero planujecie sięgnąć po Clovisa? Czekam na Was w komentarzach!
Całusy :*
Q.
Za egzemplarz recenzencki ślicznie dziękuję wydawnictwu SQN ;)
































